19.06.2018

100. Brat.

      Budziłam się w nocy z płaczem. Ty mnie docucałeś, abym nie płakała. Głaskałeś mnie po głowie, całowałeś w czoło i cicho szeptałeś że wszystkie jest dobrze. Rano obudziłam się z tobą w łóżku, leżałeś obok i grzebałeś coś w telefonie. Scott nadal siedział na oknie i ukradkiem wyglądał na ulice. Udawał że się nami nie interesuje, a widziałam jak ukradkiem się nam przygląda i obserwuje.
- Która godzina? - zapytałam.
- Po dziewiątej. - odezwałeś się spokojnie.
- A ty nie w pracy? - zdziwiłam się.
- Nie pozwolono mi. - odezwałeś się a ja parsknęłam śmiechem.
- I że niby ty posłuchałeś? O ludzie, zapisze to! Maxim pierwszy raz w życiu posłuchał zakazu! - patrzyłeś na mnie, bez jakichś emocji.
- Wstawajcie, jemy śniadanie i jedziemy. - wszedł wujek. Tak więc się zebrałam, poszłam się ubrać, zeszliśmy zjeść i poszliśmy do aut.
- Jadę za wami. - rzucił Scott i poszedł do swojego auta. Otworzyłeś mi drzwi, wsiadłam, zamknąłeś i obszedłeś auto. Chwile postałeś na coś patrząc i wsiadłeś. Ruszyliśmy, a za nami Scott.
- Zapnij pasy Misiu. - spojrzałam na ciebie.
- Dawno nie mówiłeś do mnie Misiu. - zerknąłeś na mnie i się uśmiechnąłeś.
- Ale nadal cie kocham Misiu. Zapnij pasy proszę. - zapięłam.
- Myślisz że Aiden z tego wyjdzie?
- Myślę, że inaczej być nie może.
- Pamiętam jak się kłóciliście na początku.
- Ale wystarczyło żebyśmy się trochę bardziej poznali.
- I trochę mniej skakali sobie do gardeł.
- Ociupinkę. - pokazałeś dwoma palcami i się zaśmiałeś. Chwile patrzyłam za okno, a ty skupiłeś się na drodze.
- W weekend jedziesz do Montesano?
- Teoretycznie jestem umówiony w sprawie parku.
- A praktycznie?
- A praktycznie jeśli chcesz żebym został, to nie zrobię problemu. - zerknąłeś na mnie.
- Zobaczymy co z Aidenem. Chciałabym pojechać z tobą.
- Domyśliłem się. - znów się uśmiechnąłeś.
- Dalej pracujesz dla Ryana?
- Tak. - popatrzyłam na ciebie chwile.
- I co robicie? - zerknąłeś na mnie.
- W jakim celu ci to wiedzieć?
- Bo jesteś moim chłopakiem?
- Ale po co masz się denerwować?
- A strzelałeś do kogoś?
- Nie.
- Wiec nie będę się denerwować.
- Już to widzę, ty jak słyszysz Ryan i Dave to aż cie skręca.
- Bo jeden i drugi to palant. - zerknąłeś na mnie i się uśmiechnąłeś.
- Nie znasz ich dobrze, ale są specyficzni.
- Specyficzni? - parsknęłam śmiechem. - Specyficzny to jesteś ty. Oni są po prostu głupi, płytcy i tylko zakrywają swoja dupę przed strzałami Tobą i Mikem.
- Nie do końca tak jest.
- Oh proszę cię! - fuknęłam.
- Emily, Ryan nie raz też chronił mój tyłek.
- Skończ. - założyłam ręce na piersi. Dojechaliśmy do kliniki, gdzie akurat spotkaliśmy rodziców Aidena a chwile później dojechał do nas wujek, bo Madd musiała jechać coś załatwić w kancelarii. Weszliśmy do kliniki i skierowaliśmy się na neurologie, ale gdy doszliśmy do drzwi oddziału to akurat wychodził Mike.
- Aiden jest na OIOMie. - przeszedł obok nas, zakładając identyfikator na szyje.
- Dlaczego tam? Mieliście go przenieść. - zapytała Lilly.
- Nic nie wiem, dopiero przyszedłem do pracy. - wyprzedził nas, po drodze przywitał się z kilkoma osobami i wpuścił nas na oddział. Zatrzymał przed sala gdzie był Aiden i wszedł sam, stał tam Paul i jeszcze jakiś lekarz. Mike podszedł i dłuższą chwile rozmawiali, w końcu ten drugi lekarz wyszedł a Paul jeszcze rozmawiał z Mikem. W końcu Mike wyszedł i gdzieś poszedł a Paul podszedł do nas.
- Paul, co z Aidenem? - zapytała natychmiast Lilly.
- Miał w nocy zapaść, dlatego zostaje na OIOMie na kolejne dwadzieścia cztery godziny.
- Co to znaczy zapaść? - zapytałam.
- Zapaść krążeniowa. Ciśnienie krwi spada do bardzo niskich wartości. - popatrzył na mnie.
- I co teraz planujecie? - zapytał ojciec Aidena.
- Czekamy, monitujemy go. Stan został opanowany, w tej chwili jest stabilny. Skok ciśnienia był po drugiej w nocy, ustabilizowali go koło trzeciej, od tamtej pory ciśnienie jest niskie, ale łapie się w normie i jest stabilne.
- A budził się? - pytała Lilly.
- Nie.
- Jak to, nie odzyskał przytomności? - zmarszczyłam brwi.
- Jeszcze nie, dajmy mu czas. Nie panikujcie. Jest po ciężkiej operacji, nafaszerowany lekami, ma problem z ciśnieniem. Spokojnie.
- Czy możemy do niego wejść? - zapytała Lilly.
- Tak. Tylko nie próbujcie go budzić, zachowujcie się cicho. - kiwnął głowa i odszedł. My weszliśmy, Lilly natychmiast podeszła do Aidena, zaczęła głaskać go po głowie. Ja tylko chwyciłam jego rękę i miziałam kciukiem. Ty stałeś za mną, ojciec Aidena stanął przy końcu łóżka. Wszedł Mike z lekami i podszedł do łóżka od strony gdzie stałam. Miał chyba trzy zastrzyki, dwa podał do wenflonu a jeden zostawił. Wszedł do nas Brian.
- Cześć, dzień dobry. - kiwnął do wszystkich głową. - Co z nim?
- Miał w nocy zapaść krążeniową. - odezwał się Mike podłączając kroplówkę, do niej podał też trzeci zastrzyk.
- Czyli stan się pogorszył?
- Na chwile. Teraz jest stabilny. - zerknął na monitory.
- Mike - zajrzał Paul. - Idę na neurologię, ty tu zostań.
- Dobrze. - kiwnął głową.
- Podałeś leki?
- Tak. - Paul wyszedł. Obejrzałam się, gdzie Scott? Został przed drzwiami sali, stał przy ścianie i nas obserwował.
- Teraz ja będę pilnować sali. - odezwał się Brian, Mike kiwnął głową, a Brian wyszedł. Stanął obok Scotta i cicho rozmawiali, pożegnali się tez z jakimś chłopakiem który odszedł. Mike jeszcze posprawdzał wszystkie kabelki, monitory, wpisał coś w kartę i wyszedł. Wujek odszedł na chwile z ojcem Aidena i rozmawiali. Zadzwonił twój telefon, szybko go wyciągnąłeś i wyciszyłeś dźwięk.
- Musze odebrać, to z Wisterii. - kiwnęłam głową a ty wyszedłeś. Widziałam że usiadłeś sobie na krześle na korytarzu i rozmawiałeś. Nagle do mnie dotarło, że wcale nie jest dobrze, że Aiden jest w złym stanie, że nie tak miało być.. Peter znów wygrał, znów ponieśliśmy klęskę w tej nierównej walce i znów ucierpiał na tym Aiden. Mam dość jego wygranych.. wyszłam do ciebie, usiadłam obok i złapałam twoją dłoń. Zerknąłeś na mnie i pomiziałeś dłoń kciukiem. Rozmawiałeś o jakichś roślinach, których nazw nawet nie powtórzę. Po kilku minutach się rozłączyłeś. - Co tam Misiu? - spojrzałeś na mnie. Wzruszyłam ramionami.
- Co w Wisterii..?
- Muszę do niej zajrzeć, bo mamy problem z projektem.
- Chce jechać z tobą.
- Nie chcesz zostać z Aidenem?
- Chce stąd wyjść. - popatrzyłeś chwile i wstałeś, ruszyliśmy do drzwi. Wyjrzał wujek.
- Emily, gdzie idziecie? - zapytał podchodząc do nas.
- Chce stąd wyjść.. nie mogę tu tak siedzieć. - pokręciłam głową.
- Ja się nią zajmę. - zapewniłeś. Wujek kiwnął głową.
- Dobrze, tylko uważajcie. - kiwnąłeś głową. Wujek wrócił się do sali a za nami ruszył Scott.
- Nie łaź za nami. - odwróciłam się.
- Nie mogę. - uśmiechnął się.
- Nie potrzebuje niańki.
- I bardzo dobrze, bo nią nie jestem. - popatrzył na mnie.
- To przestań za mną łazić.
- Muszę cie pilnować. - patrzył bez emocji.
- Nie musisz.
- Mam taki obowiązek służbowy.
- Nie masz.
- Jesteś pod ochroną, nie możesz chodzić sama.
- Nie jesteś moim ojcem i nie będziesz mi mówić co mogę a co nie.
- Ale jestem twoim bratem i chociażby dlatego mogę.
- Jesteś obcą osobą. Przestańcie mnie niańczyć! - machnęłam rękoma.
- Nie mogę puścić cie samej.
- Nie będę sama, mam Maxima.
- Maxim nie ma przeszkolenia, nie obroni cie.
- Umie się lepiej bić niż ty.
- Emily - odezwałeś się.
- Nie znasz mnie.
- I niech tak zostanie. Daj mi spokój.
- Masz cały czas spokój.
- Nie mam, łazisz za mną nawet do kibla!
- Bo mam taki obowiązek. Taki rozkaz dostałem.
- To teraz ci rozkazuje dać mi spokój i się odwalić.
- Nie jesteś moim szefem.
- Jestem twoją siostrą i chce żebyś się odczepił!
- Jakim cudem ja jestem obcą osobą a ty siostrą? - zmarszczył brwi.
- Chrzań się.
- Nie odzywaj się tak do mnie.
- To przestań za mną łazić!
- Nie mogę puścić cie samej.
- Dlaczego?
- Bo jesteś w programie ochrony świadków a ja dostałem przydzielenie i rozkaz pilnowania twojej osoby. Poza tym Aiden mnie zabije jak coś się stanie. Ah, no i jesteś tylko moją siostrą i wcale nie byłoby mi szkoda jakby coś ci się stało.
- Wal się.
- Czemu jesteś niemiła?
- Bo mnie nie słuchasz!
- Bo do mnie nie mówisz.
- Ooo mam cie dość! - krzyknęłam. I dopiero wtedy ogarnęłam że wszyscy na nas patrzą. Rodzice Aidena i wujek z sali, Mike z pielęgniarką wyszedł z lekarskiego, ty patrzysz na nas z bananem na twarzy, a za mną stoi Paul który też się przygląda. Oh, no i Brian który chyba miał z nas niezłą polewkę.
- Jesteś chamem.
- A ty zołzą.
- Nie wyzywaj jej. - zwróciłeś mu uwagę.
- A ty dupkiem! - krzyknęłam na ciebie.
- A ja co ci zrobiłem?
- Powinieneś go walnąć w ryj, jakieś dziesięć zdań temu.
- Nie zasłużył. - zmarszczyłeś brwi.
- Kłóci się ze mną.
- Jak rasowy brat i siostra. - spojrzałam na ciebie zaciskając usta. Uśmiechałeś się. Chyba walne cie w twarz zaraz.
- Skoro już sobie wszystko wyjaśniliście to idźcie się kłócić poza oddział. - odezwał się Paul.
- No, jeszcze ty przeciwko mnie! - fuknęłam i wyszłam, za mną szedłeś ty, a za tobą Scott. - Miałeś za mną nie iść. - warknęłam.
- Miałaś nie być zołzą.
- A ty miałeś nie być chamem.
- Czemu mnie tak bardzo nienawidzisz? - zapytal zdziwiony.
- Bo jesteś irytujący.
- Bo zależy mi na twoim bezpieczeństwie?
- Z tego co mówiłeś to dostałeś po prostu taki przydział.
- Tak, ale później dowiedziałem się że jesteś moją rodziną. - wyszliśmy z kliniki na parking.
- Ojoj, biedactwo.
- Boże, jaka ty jesteś przesiąknięta jadem.
- Przywalisz mu w końcu czy sama mam to zrobić? - spojrzałam na ciebie, bo zrównałeś krok zemną.
- Jak was słucham to zupełnie jakbym słyszał siebie z Emmą. - Odwróciłam się, chcąc walnąć tego kretyna za mną.. w zasadzie bym trafiła, tylko nie wiem jakim cudem on złapał mnie za nadgarstek, wykręcił mi rękę tak że uklękłam i jestem prawie pewna że coś mi pękło. A przecież patrzył w bok! Stanęliśmy, to znaczy, ja uklękłam.
- Puść ją. - odezwałeś się natychmiast.
- Słuchaj Młoda, nie prowokuj mnie, jestem twoim bratem i ochroną federalną. Zależy mi na twoim bezpieczeństwie i na złapaniu tego psychola Petera który traktował cie jak worek treningowy a twoją matke jak prostytutkę z lasu. Wiec szanownie, ogarnij dupę i zacznij współpracować.
- Scott, puść ją bo zaraz ja ci zrobię krzywdę. - odezwałeś się stanowczo.
- No w końcu! - wrzasnęłam na ciebie.
- Jeszcze raz tego spróbujesz a pożałujesz i wylądujesz u Paula.
- Kurwa. - walnąłeś go dłońmi w klatkę, tak że mnie puścił i się odsunął. Spojrzeliście na siebie mierząc się wzrokiem. - Rozumiem braterską więź, obowiązki służbowe, ale jak jeszcze raz spowodujesz u niej ból fizyczny albo będziesz jej grozić, to będziesz miał doczynienia ze mną.
- Nie groź mi Max. - odezwał się poważnie, a ja wstałam z kolan masując nadgarstek.
- Nie masz prawa jej grozić, ani zadawać jej bólu.
- Max, czy ty jesteś normalny? To ona zaczęła, tak po pierwsze. A po drugie
- Nie obchodzi mnie to. - przerwałeś mu. - Nie masz prawa zadawać jej bólu ani jej grozić. Nawet jak chciała cie walnąć, to jaką ona ma siłę, a jaką ty. Ona nawet porządnego siniaka ci nie zrobi, a ty z łatwością możesz ją połamać. Więc szanownie włącz myślenie, a nie dajesz się prowokować. - popatrzyliście na siebie.
- Jadę za wami. - odezwał sie po chwili i ruszył do swojego auta. Wziąłeś mnie za rękę i poszliśmy do twojego. Wiecie co? Jest mi przykro. Jestem sfrustrowana i przytłoczona. Mam dość tej sytuacji. Uciekania. Chowania się. Strachu i bólu. Oglądania się za siebie na ulicy i przepłakanych nocy. Cierpienia które panoszy się wokół mnie dzięki Peterowi. Mam serdecznie dość. Zapiąłeś pasy i odpaliłeś, spojrzałeś na mnie.
- Misiu. - spojrzałam na ciebie. - Co to za mina?
- Mam dość.
- Czego?
- Wszystkiego. Uciekania. Cierpienia. Strachu. Petera. Tego wszystkiego. Mam dość. Mam ochotę uciec i zostawić to wszystko w pizdu. Chce czuć się bezpieczna i nie obawiać się kolejnego koszmaru w nocy. - popatrzyłeś na mnie chwile, a ja się rozbeczałam. - Mam dość takiego życia! On zabiera mi wszystko! Zabrał mi dzieciństwo, zabrał rodzinę, zabrał mamę, zabrał bezpieczeństwo, a teraz chce mi zabrać Aiden, a następny w kolejce jesteś pewnie ty! - wyciągnąłeś do mnie rękę.
- Chodź. - odsunąłeś fotel od kierownicy. Usiadłam ci na kolanach. Obwinęłam ręce na około twojej szyi i ramion. Objąłeś mnie. Beczałam aż nie miałam łez. Ty tylko miziałeś moje plecy.
- Nie wiem co mam robić.. - szepnęłam. - Nie mam już siły..
- Nie jesteś sama.
- Ale nikt nie jest w stanie mi pomóc.
- Ale wszyscy ci pomagamy Misiu. Wszyscy jesteś obok. - potarłeś moje ramiona. - Jak ci pomóc żebyś czuła się lepiej?
- Nie wiem.
- Hm.. - popatrzyłeś na mnie, założyłeś mi włosy za uszy. - Siadaj, mam pomysł. - przesiadłam się do siebie, przysunąłeś sobie fotel, zmieniłeś bieg i ruszyłeś. - Zapnij pasy. - zapięłam. W dwadzieścia minut dojechaliśmy do Wisterii. Zaparkowałeś, gdy wysiedliśmy doszedł do nas Scott, weszliśmy do budynku służbowym wejściem, wjechaliśmy windą i weszliśmy do Wisterii.
- Cześć! - krzyknęła z uśmiechem Kim.
- Max, pięć minut. - przebiegł Joe.
- Co mam z tym zrobić? - podeszła Nicole ze stertą dokumentów.
- Listy do ciebie. - odezwała się Jane.
- Jane, co to za chaos? - podeszliśmy do lady, wziąłeś swoje listy.
- Taki dzień. - wzruszyła ramionami. - Dzwonił John, że nie dośle ci roślin na poniedziałek. Będą we wtorek. - wypuściłeś głośno powietrze.
- Które rośliny?
- Wysłał fax z nazwami i wytycznymi. - podała ci. Popatrzyłeś na listę. - Dzwonił też Pan Cooling, prosi o kontakt, powiedziałam że dziś nie pracujesz. I Dylan dzwonił żebyś sprawdził.. - poszukała jakiejś kartki na biurku - Projekt SE sto dwadzieścia trzy na trzysta jedenaście, chodzi o kwadrat trzy pięć. - obejrzałeś się bo Nicole ciągle stała za tobą.
- Przynieś mi ten projekt.
- A co z tym? - uniosła papiery.
- Co to za dokumenty? - wziąłeś pierwsza kartkę z wierzchu. - To powinno być w teczkach.
- Ok. - odeszła.
- Idę do siebie, jak Joe skończy z klientem to niech przyjdzie. - Jane kiwnęła głową a ty ruszyłeś do swojego gabinetu. Poszłam za tobą, Scott tylko zajrzał obadać wzrokiem.
- Będę na zewnątrz. - oznajmił, kiwnąłeś głową i wyszedł. Usiadłam. Ty stanąłeś przy biurku, otworzyłeś listy, poczytałeś, sprawdziłeś dokumenty które miałeś na biurku. Coś tam podpisałeś, na czymś coś napisałeś, wziąłeś je i wyszedłeś. Wróciłeś po kilkunastu minutach.
- Max, mam ten projekt. - wbiegła Nicole i podała ci go.
- Dzięki. - rozłożyłeś go i popatrzyłeś na wskazane miejsca, wybrałeś numer do Dylana.
- Idę do łazienki. - wstałam i wyszłam. Tam załatwiłam wiadomą sprawę, poprawiłam włosy, umyłam ręce i przemyłam twarz. Wróciłam do ciebie, rozmawiałeś przez telefon z Dylanem jak sądzę. Usiadłam sobie i patrzyłam na ciebie. Rozmawiałeś o ogrodzie i o tym co mają zrobić, po paru minutach się rozłączyłeś i poszedłeś do Joe. Wróciłeś po chyba po półgodzinie.
- Misiu, idziemy. - zajrzałeś. Wstałam, pożegnaliśmy się z wszystkimi i wyszliśmy. Scott szedł za nami. Ty pod pacha miałeś jakieś dwa projekty a w ręku dwie teczki i jeszcze jakieś kartki.
- Znów praca w domu? - zapytałam.
- Dziś nie pracuję, więc muszę to nadrobić. - wyszliśmy na parking.
***
Witam!
Bardzo przepraszam za prawie miesiąc przerwy ale to nie było zależne ode mnie. Należa się Wam wyjaśnienia.
Tak jak ostatnio pisałam wyjeżdżałam służbowo, tak też było. Nie będę się tu rozwijać bo nie chce już tego roztrząsac i przeżywać. Te trzy tygodnie dały mi wiele do myślenia i docenienie, chociażby tego że żyje. Nie wiem w jakim wieku są moi czytelnicy, ale mam dla Was radę - nie wsiadajcie do samochodu z kimś kto dopiero odebrał prawo jazdy i szarżuje po drogach niczym kierowca rajdowy uważając że jest już tak wielce doświadczony (mówi Wam to osobo która prawo jazdy ma od kilku lat i była na tyle głupia aby do takiego auta z taką osobą wsiąść!). Co gorsza po wszystkim bardziej przeżywał rozwalony samochód niż to że mógł pozabijać nas i innych..
Ogólnie do domu wróciłam jakiś czas temu ale zwyczajnie po tym wszystkim odechciało mi się wszystkiego. Dopiero teraz się pozbierałam i postanowiłam coś tu wrzucić. Plus jest taki że napisałam trzy rozdziały do przodu przez ten czas.
Co do komentarzy, dziękuję że jesteście, że komentujecie, że mnie motywujecie. Co do głosów niezadowolonych z niepojawiania się rozdziału, chciałam tylko przypomnieć że blog jest pisany hobbystycznie, tak z pasji i chęci. Nie wylewajcie na kogoś pomyi za to że nie wstawił czegoś terminowo, bo nie wiecie jaki jest tego powód.

Co do opowiadania, ogólnie mam już pomysł na coś nowego, ale najpierw dociągnę do końca to opowiadanie. Jest ono i tak bardzo długie, bo to 100 rozdział!
Co powiecie na coś świeżego?

Widzimy się za tydzień.
Rozdział się na pewno pojawi! 
Do napisania! 

PS. Ten rozdział jest celowo krótki!

Kto tu jeszcze jest a nie chce pisać komentarza to wstawia piękną kropeczkę w komentarzu, abym wiedziała że jeszcze ktoś tu czeka!

Obserwatorzy