23.06.2017

53. Twoje problemy rodzinne?

      W poniedziałek już od pierwszej lekcji zaczęłam żałować że nie postanowiłam zwiać z Caroline z lekcji. Dokładnie co lekcje pytali i dokładnie co lekcje wywoływali też mnie, mimo że brali trzy losowe osoby to ja zawsze byłam jedną z nich. Całe szczęście w zeszłym tygodniu słuchałam wykładów i jakoś się wybroniłam z jedynek. Wracając autobusem do domu napisałam do ciebie wiadomość.
Co robisz?
Odpisałeś dość szybko.
 Siedzę nad projektem.
Jak zawsze, cóż innego mógłbyś robić w godzinach pracy?
Jak sytuacja z Nicole?
W sumie to szkoda mi tego stanowiska. Trochę mi smutno że zrezygnowałam, ale ostatecznie zrobiłam to dla dobra związku. Chyba nawet ja się nie spodziewałam tak szybkiej poprawy naszych stosunków.
Jeszcze nie wiem.
  Uśmiechnęłam się do siebie.
Dlaczego? Na marginesie, nie zabrałam jeszcze rzeczy z szafki.
Nie odpisujesz. Co robisz? Smutno mi.
Bo mam mieszane uczucia. Rzeczy nie zginął ;)
No to fajnie, tylko teraz tak myślę że chyba posiałam gdzieś kluczyk.
A jak Emma? Czy ty masz zapasowe kluczyki do szafek? Bo nie wiem gdzie mam swój..
Wysiadłam idąc do domu wolnym krokiem.
Emma dobrze, dziś jadę z nią do serwisu żeby zobaczyli czy opłaca się naprawiać telefon i żeby odzyskali jej dane, ewentualnie do sklepu po nowy. Jutro ma kontrole u ortopedy. Mam zapasowe kluczyki dla gap ;P
Zauważyłam auto Aidena na podjeździe. Czyżby w końcu miał wolne?!
 Wpadnę do niej może jutro, pogadać o Jamiem.
- Cześć Laia. - Aiden siedział przy drzwiach z kubkiem kawy na wynos.
- Cześć, w końcu masz dzień wolny? - zaśmiałam się.
- W końcu. Jeden dzień. Szaleństwo. - wstał. Otworzyłam drzwi i wyłączyłam alarm.
Ok. Ja dziś spróbuje z nią porozmawiać.
- I co tam? - weszłam do kuchni rzucając torebkę na stołek. Aiden usiadł przy wyspie, a ja zajrzałam do lodówki.
- Nudno mi w domu. Przyjechałem ci pomarudzić.
- A to fajnie. Jesz?
- Nie, dzięki. Jak w szkole? - wstawiłam jedzenie do piekarnika.
- Dobrze. Dziś pytali mnie na każdej jednej lekcji. A jak w pracy? Jak sprawa z Peterem?
- W pracy dużo pracy. Peter.. ucieka przed nami. Ale teraz mamy postęp. Mały, ale zawsze jakiś.
- A co z Maximem?
- Jest informatorem. Mike też. Na razie są chronieni przez prawo federalne, przez FBI. - kiwnęłam głową.
- A co z Tonym? Miałeś mi coś powiedzieć, po spotkaniu z nim. Jak coś sprawdzisz. - chwile na mnie patrzył w ciszy. Prosto w oczy.
- Tak mówiłem. - mruknął.
- I?
- I potrzebuje trochę więcej czasu.
- Kręcisz. - obserwowałam go.
- Laia. Proszę. Nie dziś. - spojrzał na mnie błagalnie.
- Dlaczego? To coś aż tak złego?
- Tak. Nie wiem jak mam z tobą rozmawiać. Sam muszę to najpierw przemyśleć. - patrzyliśmy na siebie.
- Teraz się boje..
- Wszystko będzie dobrze. - uśmiechnął się.
- A ty, jakie masz plany na święta? - zmieniłam temat, bo wiem że nic nie wskóram. Aiden ma coś z ciebie, jest uparty jak osioł.
- Eee.. zdaję się że o ile dobrze pamiętam grafik to w wigilię pracuje do siedemnastej, więc na pierwszy dzień świąt pojadę do rodziców. Ale pewności nie mam. Wszystko może się zmienić. Chciałbym też spędzić czas z tobą. - uśmiechnęłam się.
- Da się zrobić.
- Jeśli będę wyjeżdżać, pojedziesz ze mną do Montesano?
- Pogadam z wujkiem. - pokiwałam głową. - Podejrzewam że i tak będziemy jechać do dziadków.

      We wtorek w końcu nie poszłam do Emmy, bo zajęłam się lekcjami a później byłam zmęczona. W środę zauważyłam cie w szkole, na przerwie między lekcjami.
- Co tu robisz? - podeszłam.
- Cześć Piękna. Czekam na dyrektorkę. Wychowawca po nią poszedł. - uśmiechnąłeś się.
- Coś się stało?
- Nie. Przyszedłem porozmawiać. Mam nowe wytyczne od lekarza. Jest pomysł żeby Emma chodziła do szkoły, na wszystkie lub część lekcji. Nie będzie pisać, ale słuchać może. - pokiwałam głową.
- Rozumiem. Nie narobi sobie wtedy tyle zaległości. - pokiwałeś głową. - Przepraszam że wczoraj nie przyszłam. Miałam sporo lekcji a później byłam już zmęczona.
- Spokojnie. Nic się nie stało. - uśmiechnąłeś się, zadzwonił dzwonek na lekcje.

      Czwartek i piątek nie odróżniał się zbytnio niczym. Szkoła, lekcje, nauka, nuda. W sobotę poszłam do ciebie, porozmawiać z Emmą i dać ci zeszyty do skserowania. Stanęłam przed drzwiami, wejść, zapukać? Przeważnie zawsze mam ten dylemat. Weszłam. Zdjęłam buty i ruszyłam dalej. W salonie był włączony telewizor, siedziałeś na kanapie i coś robiłeś.
- Hej. - podeszłam, obejrzałeś się na mnie.
- Cześć Słonko - uśmiechnąłeś się. - Siadaj. - Zacząłeś zbierać kredki, ołówki, cienkopisy i inne przybory które leżały obok ciebie na kanapie, przerzuciłeś je na drugą stronę. Usiadłam obok, a ty skradłeś mi całusa. Byłeś w szarych dresach i luźnej białej koszulce. Rysowałeś coś na zwykłych kartkach z bloku. Widać było ołówkowy szkic, który wypełniałeś kolorowymi kredkami. Dzięki temu obrazek robił się wymiarowy.
- Znowu pracujesz w weekend? - zerknęłam na rysunek, na stoliku były książki z roślinami, otwarte na jakichś stronach.
- Nie.
- Przecież widzę. - spojrzałeś na mnie.
- Widziałaś kiedyś żebym rysował rzuty w kolorze do pracy?
- Rzuty? No pewnie że tak.
- Ale nie w kolorze na brystolu. - uśmiechnąłeś się rozbawiony.
- Czyli co robisz?
- Relaksuje się. Rysuje dla przyjemności. Mam fajny pomysł na taras, z kącikiem do spotkań. Rysuje żeby pokazać Emmie. - pokiwałam głową.
- Mi też pokażesz?
- Tak.
- Przyniosłam zeszyty. To ci zostawię. - wyjęłam je z torebki na stolik. - Mam dylemat. Nigdy nie wiem czy mam zapukać czy wejść? - spojrzałam na ciebie.
- Wejść, masz klucze w tym celu. - oznajmiłeś.
- Ok. Idę rozmawiać z Emmą. - wstałam.
- Na własne ryzyko. Ja próbowałem, nie wygrałem. Jak zacznie mieszać cie z błotem to mam interweniować? - spojrzałeś na mnie. - będę. - sam sobie odpowiedziałeś.
- Nie trzeba. Poradzę sobie. - poszłam na górę. Weszłam do pokoju Emmy. Siedziała na łóżku z laptopem na kolanach.
- Emily! - ucieszyła się. - Chodź. Siadaj. Co u ciebie? - zamknęła laptopa kładąc go obok.
- Nic nowego. - usiadłam na przeciw niej.
- Stęskniłaś się za mną trochę?
- Nudno jest w szkole bez ciebie.
- Od poniedziałku będę. Nath gadał z dyrektorką. Mogę chodzić jako słuchacz.
- To fajnie. Spoko. - uśmiechnęłam się. - Jakie macie plany na święta?
- Takie co zawsze. Ja, Max, Ash i Mike. A ty?
- Będę z wujkiem i Madd. Może pojedziemy do Montesano. Aiden też chce spędzić ze mną czas, a ja chce też z nim i z Maximem.
- No to masz trochę skomplikowaną sytuację. - kiwnęłam głową. - U mnie, Max chce żebyśmy pojechali na święta do Montesano, do Jamiego, albo żeby on przyjechał z rodziną do nas. - mruknęła.
- Nie cieszysz się z tego powodu?
- Nie.
- Dlaczego? - chwile milczała, patrząc na mnie.
- Bo.. Jamie jest naszym bratem. Został zabrany wcześniej i adoptowany. Ale.. e.. nie wiem. - pokręciła głową. - Nie czuje go jako rodziny. Nie było go praktycznie nigdy. Nic o nim nie wiem. Nie znam go. Nie wiem nawet za bardzo jak wygląda. Nie miałam z nim kontaktu tyle lat. Trafił do fajnego domu z rodziną i miał nas totalnie w dupie. Bo jemu wiodło się świetnie, a rodzeństwo to miał gdzieś. Teraz jak stanęliśmy na nogi to sobie o nas przypomniał i chce udawać super brata, super rodzinę, jakbyśmy nie wiadomo jak blisko byli. Jeszcze chce tu przyjechać z rodzicami i podobno ma siostrę. - mówiła z żalem. Chwile na nią patrzyłam.
- Wiesz. Może.. daj mu szanse? Ostatecznie, to wasz rodzony brat. Jedyna rodzina jaką macie. Może warto spróbować? Poznać się? Tak samo, jego adoptowali. Powinnaś się cieszyć, że jemu się udało. - patrzyła na mnie chwile.
- Nie wiem czy umiem.
- Spróbuj dać mu szanse. Tęskni za wami.
- Skąd wiesz?
- Bo mówisz że jest z Montesano. Tam wszyscy się znają. Jamie. Jest czterech. Jeden ma z czterdzieści lat. Drugi nie ma siostry. Więc albo Jamie Turnet, albo Jamie od Jess, Pickett.
- Od Jess? - zapytała ciszej.
- Tak. To moja przyjaciółka. Najlepsza przyjaciółka z Montesano. - chwile na mnie patrzyła. Zmieszana.
- I znasz go? - kiwnęłam głową.
- Ja, Jess, Carla, Dylan, Aiden, Jamie, tworzyliśmy paczkę. - patrzyła, jeszcze bardziej zmieszana.
- I co o nim wiesz? Jaki jest? - zapytała ciszej.
- Hm. - zastanawiałam się chwile. - Jaki jest.. jest.. miły, pomocny, otwarty.. jest nieśmiały.. jest.. ma coś z Maxima. - spojrzałam na nią. - Teraz tak ich porównuje. Są podobni, nie tylko z wyglądu. Mają podobne cechy charakteru. - patrzyła w ciszy. - Poza tym.. myślę że powinnaś się zastanowić i spróbować dać mu szanse, nawet jeśli uważasz że nie powinien jej dostać, albo jeśli ty po prostu nie chcesz z jakichś powodów mieć z nim kontaktu, to zastanów się czego chce Maxim. On umie dla ciebie wiele poświęcić, zmienić, czy dać bo ty czegoś chcesz, on niekoniecznie. Ale wie że tobie zależy. Porozmawiaj z nim. Bo może jemu zależy. Może on chce mieć z nim kontakt. Może chce go poznać. Jego rodzinę. Może chce naprawić stosunki z nim. Pomyśl że jesteś najmłodsza, a on najstarszy. Maxim jest bardzo odpowiedzialny. Może czuje się odpowiedzialny częściowo za losy brata? Może chciałby spróbować. - patrzyła w milczeniu. W końcu kiwnęła głową.
- Przemyśle to.. - uśmiechnęłam się. - Ale raczej nie chce tam jechać..
- A jeśli Maxim chce? - wzruszyła ramionami.
- Ja mu nie bronie. I tak robi co chce. - Popatrzyłam na nią. Coś mi się wydaje że to nie będzie takie proste. Wstałam.
- Przemyśl to. Jak będziesz chciała pogadać, to jestem. Teraz muszę iść bo Madd prosiła żebym zaraz wróciła. - pożegnałam się i zeszłam na dół. - Idę do domu.
- Jak rozmowa? - patrzyłeś na mnie, pijąc herbatę.
- Nie do końca wiem. Ale.. - wystawiłam palec, ale zamilkłam. - Pracuje nad tematem. Czy mam wolną rękę?
- To znaczy?
- Jeśli chodzi o święta, mam wolną rękę?
- Ee.. niech będzie. - mruknąłeś nie do końca pewny. Uśmiechnęłam się i wyszłam. Poszłam do domu gdzie Madd i Neal już na mnie czekali w kuchni.
- Jak u Maxima? - zapytała uśmiechnięta blondynka.
- Dobrze. Mam pytanie. - usiadłam przy wyspie obok Madd. Wujek stał oparty o blaty szafek pod oknem z założonymi rękoma na piersi. - Jaki mamy plan na święta?
- No cóż, tak na dziewięćdziesiąt procent jedziemy w trójkę do Montesano, do twoich dziadków. - zaczął Neal, Madd pokiwała głową.
- Tak. Moi rodzice jadą z moją siostrą do dalszej rodziny. Mieszkają w innym stanie, więc to kawał drogi. - Tłumaczyła blondynka. - A ty? Masz jakiś pomysł? Plan? Coś byś chciała?
- Właśnie nie wiem. Mam problem. Bo chciałabym spędzić święta z wami, z dziadkami, z Maximem i Emmą, z Aidenem, z Paulem, z Mikem i Ashley. Ale tak, my wyjeżdżamy. Aiden w wigilie pracuje do siedemnastej a później wyjeżdża do Montesano. Paul nie wiem. Maxim i Emma zawsze spędzają święta w czwórkę z Mikem i Ashley, ale w tym roku jest też taki problem że mama Jamiego chce poznać jego biologiczne rodzeństwo, a Emma nie chce poznawać
- Ło ło ło. Nie tak szybko. Kto to Jamie? - przerwał mi wujek.
- Jamie.. Jamie Pickett. Adoptowany brat Jess z Montesano.
- Twojej przyjaciółki?
- Tak. Okazało się że jest rodzonym bratem Maxima i Emmy. Maxim i Jamie chcą utrzymywać kontakt, Max go znalazł parę lat temu, ale Emma nie chce go znać. Rodzice Jess chcą poznać jego rodzeństwo, ale Emma nie chce tam jechać. Chciałam pomóc Maximowi bo chyba mu zależy, ale raczej nie dam rady.. - zapadła cisza.
- To trochę zagmatwana sprawa. - zaczął wujek. Kiwnęłam głową.
- Chciałam mu pomóc. Ale nie wiem jak. Emma tam nie pojedzie, on nie zostawi jej na święta, a chciałby pojechać do brata. Nie mieli kontaktu wiele lat. Odnalazł go później. Mimo że się nie przyzna, to wiem że mu zależy i że chciałby mieć kontakt z bratem, jest najstarszy, czuje się odpowiedzialny.
- To taka ciężka sytuacja. Jest między dwójką rodzeństwa. - zaczęła blondynka a ja kiwnęłam głową.

      W poniedziałek Emma była w szkole, chyba sama nie przewidywałam jak bardzo mnie to ucieszy. Caroline też była i o dziwo nie zwiała z żadnej lekcji.
- Przemyślałam to co mówiłaś. - zaczęła Emma na długiej przerwie. Zamieniam się w słuch. - Średnio chce tam jechać, a tym bardziej nie chce ich w domu. Wiem że Maxim chce mieć z nim kontakt, ja nie do końca. Oni sie znają, mało ale jednak. Dla mnie to jest totalnie obca osoba.
- Rozmawiałaś z Maximem?
- Trochę. Nie chce mnie do niczego zmuszać. Rozumie że nie jestem gotowa na takie spotkanie. - kiwnęłam głową. Co za beznadzieja.. Po szkole czekałyśmy na murku na ciebie, bo miałeś przyjechać po Emmę, ponieważ ma zakaz od lekarza jazdy autobusem bo by się nie utrzymała w razie szarpnięcia. Caroline odeszła z Tylerem.
- A ty, ogarnęłaś święta? - zapytała. - Ale piździ zimnem. - jęknęła.
- Rozmawiałam z wujkiem i Maddeleine. Jedziemy do Montesano. - kiwnęła głową.
- Szkoda. Chciałabym spędzić czas z tobą i resztą.
- Chodź tutaj! - krzyknął Tyler na Caroline która szła do nas.
- Nie! - odwróciła się do niego.
- Oho. Awantura w małżeństwie. - mruknęła Emma, westchnęłam oglądając to kino. Przeważnie kłócili się raz w tygodniu i to tak z przytupem.
- Wróć się do mnie!
- Nie jestem twoim pieskiem!
- O rany.. - jęknęłam zmieszana. Tyler do niej podbiegł i szarpnął za nadgarstek w swoją stronę, zamachnęła się i przylała mu torebką w twarz. To musiało zaboleć, bo ma tam książki, poza tym mina Tylera mówi wszystko. Irytacja to mało. Szarpnął ją i uderzył w twarz. - Ej! - zeskoczyłam z murka. - Zostaw ją! - podbiegłam, łapiąc Caroline i stawając między nimi. Ona się szarpała, on ją trzymał, próbując mnie odepchnąć.
- Odejdź! - krzyknął na mnie.
- Nie bij jej! - wrzasnęłam na niego. Odepchnęłam go, waląc w klatkę. Puścił blondynkę, ale złapał mnie za przed ramie.
- Ty głupia dziwko! - syknął.
- Hej! - usłyszałam gdzieś z boku. Tyler się odwrócił i już leżał na ziemi. - Dziwki sobie poszukaj suko. - syknąłeś do niego i spojrzałeś na mnie. - Nic ci nie jest? - zaprzeczyłam głową.
- Za kogo ty się masz? - Tyler wstał. O ludzie.
- Chodź. - złapałam cie za ręce, pośpiesznie ciągnąc w stronę Emmy która stała z naszymi rzeczami.
- Szanuj kobiety gnido. - odwróciłeś się do niego, a on wtedy cie uderzył. Wszystko działo się szybko. Zbyt szybko. Oddałeś mu, wiem że jakoś go przerzuciłeś przez siebie, że wylądował na plecach. Caroline krzyczała na ciebie żebyś go zostawił. Wtedy przycisnąłeś mu klatkę kolanem, jakby klękając, a rękoma złapałeś jego nadgarstki. - Uspokój się! - krzyknąłeś na niego. - Nie mam zamiaru się z tobą bić. - wstałeś.
- Ciota. - przetarł rękawem usta z krwi. - Boisz się bić bo wiesz że przegrasz.
- Nie, w porównaniu do ciebie mam rozum. - wskazałeś swoją skroń. - I Caroline drze się od pięciu minut żeby cie zostawić. - Tyler wstał i otrzepał ubranie.
- Uciekaj z tą dziweczką. - spojrzał na nas. Nawet nie wiem, kiedy trzasnąłeś go w pysk tak że wpadł na Caroline. Złapałeś go za bluzę przytłukując do ściany.
- Radzę ci nauczyć się szacunku do mojej partnerki i do mojej siostry, bo cie kiedyś ubije.
- Panowie, jakiś problem? - wyszedł do nas woźny ze szkoły.
- Żaden. - szarpnąłeś go puszczając i ruszyłeś w moją stronę, łapiąc za moją dłoń i poszliśmy do auta. - Nic ci nie jest? - otworzyłeś mi drzwi.
- Mi? Chyba tobie? - wsiadłam. Emma wsiadła na tył z rzeczami. Gdy ty usiadłeś za kierownicą, wpakowałam się na twoje kolana łapiąc w dłonie i oglądając twoją twarz. - Boli? - zapytałam, widząc zaczerwienienie.
- Nic mi nie jest. - zapewniłeś spokojnie.
- Czy ty nie możesz żyć bez bójek? - fuknęłam na ciebie.
- Jak bardzo jest źle? - Emma wychyliła się spojrzeć na ciebie.
- No chyba żartujesz! Gnój cie szarpał i wyzywał. Miałem stać i patrzeć? - zmarszczyłeś brwi.
- Nie wiem. Ale miałeś się nie bić.
- Ale nic mi nie jest. Gówniarz nie umie się bić, skacze jak małpa i macha łapami na oślep. Nie pozwolę żeby taki szmaciarz wyzywał moją kobietę, ani siostrę. Caroline może nie szanować, skoro ona się nie sprzeciwia to jej wybór. - Pokręciłam głową. Ok. Może masz racje. Ale nie chce żebyś się z kimkolwiek bił. Nawet z mojego powodu. Za każdym razem dostaje zawału. Popatrzyłam na ciebie chwile, a ty patrzyłeś mi w oczy, dłońmi trzymałeś mnie w talii. - Już? - zapytałeś cicho i spokojnie. Wróciłam na twoje siedzenie i ruszyliśmy w ciszy. Musze z tobą porozmawiać. Bez Emmy. Zerknęłam na ciebie, byleś skupiony na drodze. Wzięłam z tyłu torebkę i wyciągnęłam telefon. Napisałam wiadomość do ciebie, bo nie chce urazić Emmy.
Możemy pogadać bez Emmy?
Za wibrował twój telefon, leżący na panelu między siedzeniami. Zauważyłam tylko napis "Wiadomość Emily". Skręciłeś na skrzyżowaniu i wziąłeś telefon do ręki. Popatrzyłeś po drodze i zerknąłeś na telefon. Gdy go odkładałeś zerknąłeś na mnie i się uśmiechnąłeś. Zmieniłeś bieg a po chwili byliśmy pod twoim domem.
- Emma, idź do domu. Odwiozę Emily i muszę wracać do pracy. - odwróciłeś się do niej.
- Ok. O której będziesz w domu?
- Siedemnasta osiemnasta. - kiwnęła głową i wysiadła. Ruszyliśmy pod dom wujka i stanęliśmy. Spojrzałeś na mnie. - Słucham.
- Jaki masz plan na święta? - westchnąłeś.
- Nie wiem. Chciałbym jakoś wszystko pogodzić. Spędzić je z Emmą, z Mikem i Ashley, i z tobą.
- Ja wyjeżdżam do Montesano. - posmutniałeś. - A Jamie?
- Spędzi święta z rodziną, bez nas. Rozmawiałem z Emmą, nie chce się z nim widzieć. Nie jest gotowa aby go poznać. Rozumiem ją i nie chce jej do niczego zmuszać. A sam nie pojadę, nie zostawię jej tu samej na święta.
- A ty? - obserwowałam cie. - Czego ty chcesz? - zamilkłeś. - Chciałbyś spędzić święta z Jamiem?
- To mój brat Emily, rodzony, praktycznie jedyna rodzina oprócz Emmy jaką mam, która się mnie nie wyparła. - spojrzałeś mi w oczy. - Oczywiście że bym chciał, ale w tym momencie to nieosiągalne.
- A jakbyś.. mógł sobie wyobrazić święta, takie jakie byś chciał, kogo usadził byś przy stole?
- Czemu pytasz?
- Bo jestem ciekawska. - mruknęłam. - Aiden zawsze o to na mnie krzyczy. Żebym nie wcinała nosa wszędzie. - zaśmiałeś się.
- Cóż. Podejrzewam że.. ciebie, Emme. Ashley i Mikea. Jamiego. Może Aidena.
- Ja tak samo. No i wujka z Madd. I Paula. - uśmiechnąłeś się.
- Dobra, muszę wracać do pracy.
- Ok. To do jutra?
- Tak. Kocham cie. - ucałowałeś moje usta, wysiadłam wracając do domu. Muszę coś wymyślić z tymi świętami. Cholera, mam za mało dni Świąt, a za dużo osób z którymi chce je spędzić. Jeszcze stanowczo beznadziejnie czuje się z faktem że nie będziesz mógł zobaczyć się z Jamiem. Ok, rozumiem Emmę, nie chce, nie jest gotowa, ma inne powody.. ale czy choć raz, tym bardziej w święta, nie mogłaby schować do kieszeni tej samolubnej dumy i zrobić coś dla brata? Bo wiem że ci zależy, tylko się nie przyznasz, bo nie chcesz robić nikomu przykrości ani problemu.

      W piątek postanowiłam pojechać do Wisterii. Nie odbierałeś dziś Emmy bo byłeś rano z nią na jakiejś kontroli, więc nie była w szkole. Wsiadłam do autobusu, założyłam słuchawki na uszy i gapiłam się przez okno. Lał deszcz. Były takie korki że chyba będę jechać z godzinę albo dłużej. Gdy dojechałam weszłam do budynku i do biura. Jane zbierała się do wyjścia, Kim już nie było. Joe też wychodził.
- Hej, co się dzieje? - podeszłam do Jane.
- O cześć. Serwery nie działają. Jest taka ulewa że wyłączyli prąd.
- No ale światło jest..
- Z awaryjnych zasilaczy budynku. Czy jak się to nazywa.
- Ahym. Maxim jest?
- U siebie. - poszłam do twojego otwartego gabinetu, siedziałeś przy biurku z komórką w ręku. Podeszłam i usiadłam. Podniosłeś na mnie wzrok.
- Mój Miś przydreptał. - uśmiechnąłeś się. - Bardzo zmokłaś?
- Przyzwoicie na wylot. - odchyliłam bluzę pokazując że bluzkę pod spodem też mam mokrą. Wstałeś i poszedłeś gdzieś, wróciłeś ze swoją bluzą.
- Trzymaj. Przebierz się. - podałeś mi ją. Zdjęłam swoją bluzę i zerknęłam po bluzce. - Zdejmij też bluzkę, przeziębisz się. - zdjęłam ją i wskoczyłam w twoją bluzę. - Jak w szkole?
- Nudno. - westchnęłam. - Jak z Emmą?
- Przeżyje. - składałeś jakieś dokumenty. - Wszystko w porządku, poza jej marudnością. - zaśmiałam się.
- A jak z Nicole? Nadal nie masz asystentki?
- Nie. Jakoś tak mi lepiej. - spojrzałeś na mnie.
- Max my idziemy. - zajrzał Joe.
- Do jutra. - machnąłeś ręką. Joe zmarszczył brwi, ja też. - Co..? - popatrzyłeś po nas zmieszany.
- Jutro sobota Max. - odezwał się brunet.
- Tak? - zerknąłeś na kalendarz. - No tak. - zapytałeś i sam sobie odpowiedziałeś. - Uciekł mi jeden dzień przez poniedziałek w klinice z Emmą. Wybacz. Jutro macie wolne oczywiście. - zaśmiałeś się.
- Do poniedziałku.
- Pa. - siedziałeś uśmiechnięty. Joe wyszedł.
- A dlaczego nie wziąłeś Nicole? - oparłeś się o oparcie, składając ze sobą dłonie.
- Ponieważ, nie zaryzykuje naszym związkiem. Poczekaj. - wziąłeś telefon do reki. - Co chcesz? - odebrałeś, chwile słuchałeś. - No jakoś niedługo bo mamy awarie przez ulewę, a co? - znów słuchałeś. - No dobrze, to sobie zamów. - zerknąłeś na mnie. - To weź fakturę na firmę, zrobię im przelew. - znów słuchałeś. - Na Wisterie, a mam jakąś inną firmę? - zaśmiałeś się. - Dobrze. - Jeszcze słuchałeś. - Wyśle ci smsem numer. - westchnąłeś. - Dobrze kupie. Musze kończyć, pa. - rozłączyłeś się. - Jak ja wychowałem taką marudę. - westchnąłeś.
- Emma?
- Tak. Chce zamówić jedzenie do domu a nie ma pieniędzy, wiec weźmie na firmę.
- A wyjaśnisz mi to że nie zaryzykujesz naszego związku?
- Tak. - odłożyłeś telefon i spojrzałeś na mnie. Zastanawiałeś się nad czymś. - Czekaj jeszcze chwile. - wziąłeś go z powrotem, wybrałeś numer i chwile czekałeś. - Wiesz co, bo ja będę zaraz wychodzić, to po drodze pojadę po jedzenie może? - słuchałeś. - Dobra, pa. - rozłączyłeś się i na mnie spojrzałeś. - Chodzi o to, że nie zaryzykuję naszego związku dla Nicole.
- Nie rozumiem.
- Na wieczorze u Mikea i Ash zobaczyłem i zrozumiałem, że pomijając fakt potrzeby pracy, chce mnie poderwać, a ciebie będzie ciągle atakować. Nie pozwolę jej na to. Zastanawiałem się, czy ją zatrudnić mimo to, bo wiem że jestem odporny na zaloty innych kobiet, tym bardziej takich które kompletnie nie są w moim typie. Szybko bym ją zgasił. Ale nie chce ryzykować tym że może być nie miła w stosunku do ciebie, że może wymyślać jakieś historyjki, wyzywać cie, czepiać się i tak dalej. Byle byś się ode mnie odlepiła. Nie dam jej tej satysfakcji ani możliwości. - popatrzyłam na ciebie chwile i kiwnęłam głową.
- Nie jest w twoim typie?
- Widziałaś ją? - zmarszczyłeś brwi. - Jest wychudzona, ja nie lubię tak chudych dziewczyn. Pomijając fakt że wygląda dosłownie od stóp po szyje jak brudnopis i to zbuntowanego nastolatka który siedział. - parsknęłam śmiechem, ale szybko się ogarnęłam gdy zobaczyłam twoja poważną minę. - W dodatku ma tak płytki charakter że chyba bym kurwicy z nią dostał. - znów zachichotałam. - I jest arogancka.
- I kto to mówi. - zaczęłam się śmiać.
- Ja. - uśmiechnąłeś się. - Ale jest różnica między arogantem, a wrednym, bezczelnym, butnym arogantem i to jeszcze przemądrzałym. A ona właśnie takim jest.
- I jeszcze jest brudnopisem. - pokręciłam głową z uśmiechem. Czemu mnie to tak bawi?
- Jest. Ma tatuaże od stóp, po szyje, na całym ciele. Nie znajdziesz tam koloru skóry.
- Skąd to wiesz? - skupiłam na tobie wzrok. Wskazałeś mnie palcem.
- Spostrzegawcza bestia. Wychowywaliśmy się w jednym miejscu. Pierwsze tatuaże powstawały właśnie tam, tak aby mogła ukryć je pod ubraniem. Poza tym miałem tą nieprzyjemność widzieć ją w kostiumie kąpielowym przed odsiadką. - pokręciłeś głową.
- Nieprzyjemność?
- Nieprzyjemność. Kobieta pokryta co do milimetra, od palców stóp, po szyje, gdzie jedyne miejsca bez tatuaży to twarz, dłonie i spód stóp, nie jest kompletnie atrakcyjna. Albo przynajmniej nie dla mnie. Poza tym jest za chuda i wredna. I o czym my rozmawiamy? - zmarszczyłeś brwi patrząc na mnie.
- O Nicole.
- Czuję się trochę jak na przesłuchaniu. Sprawdzasz mnie?
- Być może. - patrzyłeś mi w oczy.
- Pomijając Nicole. Ani ona, ani żadna inna kobieta, mnie nie interesuje, z wyjątkiem tej którą posiadam. - wskazałeś mnie. - No i jeszcze Emma, ale mnie zdecydowanie inaczej interesuje.
- No ja myślę. - uśmiechnęłam się.
- Nie, mówię poważnie Emily. Nie jestem zainteresowany uciechami na boku, jestem bardzo wierną osobą. Gdy jestem w związku, robię się odporny na jakiekolwiek zaloty, podrywy, flirty czy jakby to inaczej nazwać. Zazwyczaj szybko takie dziewczyny gaszę i sprowadzam do parteru. - pokiwałam głową.
- Ja tam nie mam takiego problemu, mnie nikt nie podrywa, jestem brzydka. - wzruszyłam ramionami.
- Jesteś piękną młodą kobietką. - uśmiechnąłeś się. - Masz wyjątkowe oczy. Jesteś zgrabna. Masz ładne nogi i tyłek, i dłonie, uśmiech, i wszystko inne i może skończmy bo wylądujemy w łóżku, a u mnie jest Emma która z chęcią wparuje do pokoju w takim momencie. - zaczęłam się śmiać. - Jak mi się nie chce. - wytarłeś twarz i wstałeś. Wziąłeś teczki i poszedłeś jak sądzę do archiwum. Po chwili wróciłeś uprzątnąłeś biurko, schowałeś do kieszeni telefon. - To lecimy? - wstałam. Pogasiłeś światła i zamknąłeś firmę, zeszliśmy na dół. - Poczekaj tu, podjadę, żebyś znów nie zmokła. - zatrzymałeś mnie pod holem i pobiegłeś po auto, po chwili wróciłeś. Wsiadłam i ruszyliśmy do domu.
- Plany na dziś? - zapytałam.
- Nie mam. Coś proponujesz?
- Tak, spać mi się chce i mi zimno. - zerknąłeś na mnie i włączyłeś ogrzewanie.
- Szczerze powiedziawszy, to też chętnie bym się przespał, bo jestem zmęczony. Miałem masakryczny tydzień.
- To jedźmy spać. - uśmiechnęłam się.
***
Witam!
Dziś zgodnie z planem i Waszymi prośbami o rozdziały w piątki :)
Z tego co mi wiadomo, dziś zakończenie roku szkolnego prawda? 
Więc rozdział na rozpoczęcie miłych wakacji! Choć akurat dziś, u mnie, pogoda jest do bani.. xD
 

Dziekuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem!
Wasze opinie i komentarze to dla mnie najlepsza motywacja do pisania i publikacji kolejnych rozdziałów!

No to chyba tyle na dziś.
Kolejny w piątunio za tydzień! ^^

SPOJLER - specjalnie dla Mari :)
Rozdział 54 - Będzie ciężko.
[...]
- Tak, przepraszam bardzo. - uśmiechnąłeś się. - Już się stąd kołuje. - wróciłam na swoje miejsce. Odjechałeś kawałek dalej. Miałam napad śmiechu, a ty patrzyłeś uśmiechnięty na mnie, oparty ręką o drzwi. Już mnie rozbolał brzuch ze śmiechu. - Już? - zapytałeś rozbawiony mną, gdy próbowałam się ogarnąć.
- Taak.. - westchnęłam. - dobra. To ja idę a ty się kołuj. - znów zachichotałam.
- Wariatka. - pokręciłeś głową rozbawiony. - Czy zamawiasz taksóweczkę powrotną?
- Nie wiem. A co, przyjechałbyś?
- Po ciebie zawsze, nawet na koniec świata. - uśmiechnęłam się szeroko.
- A podobno nie jesteś romantykiem.
- Bo nie jestem. - pokręciłeś głową.
- Dalej tak twierdz ty uparty.. - spojrzałeś na mnie unosząc brwi, zamilkłam.
- No kto? No kto? - zapytałeś rozbawionym głosem.
- Nie wiem czemu, ale wcale nie chciałam powiedzieć ośle, tylko bakłażanie.. - podrapałam się po głowie a tym razem to ty parsknąłeś śmiechem. - Uparty bakłażan..
- Czyli jednak potrzebny ci ten lekarz.. - uśmiechnąłeś się.
[...]
 

 

Obserwatorzy