10.11.2018

2. Ty też.

     Poniedziałek. Obudził mnie dzwoniący telefon. Na oślep podniosłam go z szafki.
- Halo? - mruknęłam zaspana.
- Za dwadzieścia minut jestem u ciebie i zawiozę was na rozpoczęcie roku szkolnego.
- Co? - jęknęłam. - Halo? - cisza. - Halo? - spojrzałam na telefon. Rozłączył się. Kto to w ogóle był? Zerknęłam na spis połączeń, numer prywatny. Fajnie. Wstałam i postarałam się szybko ogarnąć. Ubrałam się, ogarnęłam twarz i włosy. Wzięłam torebkę i wyszłam przed dom. Podjechało auto, Rang Rover. Chyba mam przerąbane. Wywróciłam oczami.
- Nie będę tu stać wieczność! - usłyszałam przez otwartą szybę, aż się wzdrygnęłam. Podeszłam.
- Nie prosiłam o to.
- Nie musiałaś. - spojrzał na mnie.
- To po co to robisz? - zmarszczyłam brwi.
- Ktoś inny poprosił.
- Christian. - westchnęłam.
- Wsiadaj bo nie mam czasu. - prawie przeciął mnie na pół wzrokiem. Wsiadłam na przód. Na tyle była Charlie. Ruszyliśmy, a ja wlepiłam wzrok za okno. Dojechaliśmy w parę minut.
- To tak jak się umawialiśmy Nan ok? Będę wieczorem. - wyjrzała Charlie, kiwnął głową, więc wysiadła.
- Dziękuję. - spojrzałam na niego, też kiwnął głową. Jest na mnie zły? Wysiadłam. Poszłyśmy razem do szkoły, Charlie zaprowadziła nas prosto na sale. Przywitała się z kilkoma osobami, przedstawiając mnie przy tym i usiadłyśmy na ławce pod ścianą. Połowy imion nie zapamiętałam. Przy głównej części chodzili jak mniemam nauczyciele i dyrekcja. Zauważyłam też Jeffreya. Nie wiem czemu sądziłam że będzie wyglądać inaczej, że założy jakiś garnitur czy co? Przyszedł w czarnych jeansach, koszulce, skórzanej kurtce i tej samej ilości biżuterii co wcześniej.
- Kto jest naszym wychowawcą? - zapytałam Charlie.
- Jeff.
- Serio?
- No
- Prowadzi klasę z językiem francuskim?
- Tak. Jest tylko jedna klasa z francuskim na naszym roku. - dlaczego kazał mi się zapisać do swojej klasy? Rozpoczęcie się zaczęło. W trakcje Jeff do nas podszedł i stanął z boku. Później poszliśmy do klas. Usiadłam z Charlie przed biurkiem. Nie wiem czemu, ja chciałam na tył, on pociągnęła mnie tu.
- Jak tam wakacje? - zapytał. Każdy krzyknął coś w stylu że ok, w porządku, dobrze. Usiadł przy biurku. - Zaraz wam napiszę plan zajęć. Mamy w klasie nową koleżankę, Emily. - wskazał mnie. - Jutro piszecie w standardzie diagnozę z francuskiego. - że co?! otworzyłam szeroko oczy. - Emily ty nie piszesz, rozmawialiśmy że nigdy się francuskiego nie uczyłaś, więc to bez sensu. - odezwał się do mnie. - Emily będzie inaczej traktowana bo jest na zupełnie innym poziomie niż wy. Ale od was wymagam dużo, bo to ostatnia klasa, także proszę spiąć dupy w tym roku. - uśmiechnął się. Wstał, rozdał kserówki planu. Podał sprawy organizacyjne i mogliśmy wrócić do domu. Charlie zaproponowała iść do baru Verdant, w sumie nie mam nic lepszego do roboty więc poszłyśmy. Usiadłyśmy sobie z boku, zamówiłyśmy po soku pomarańczowym i tyle. Po południu mam pracować w Jtters.
- Lubisz mojego brata? - zapytała nagle.
- Czemu pytasz?
- Bo jestem ciekawa.
- Nie znam go. Jak można kogoś lubić lub nie jak się go nie zna? - popatrzyła na mnie.
- On cie polubił chyba za bardzo.
- Skąd wiesz? Powiedział ci?
- Nie. Po prostu go znam.
- Kazał ci ze mną pogadać? - parsknęła śmiechem.
- W życiu. Jest za bardzo honorowy.
- To czemu pytasz?
- Nie zachowuje się tak do pierwszej lepszej laski.
- Tak czyli jak? - zmarszczyłam brwi.
- Inaczej na ciebie patrzy. - wlepiła we mnie wzrok. Wywróciłam oczami i oparłam się o oparcie. - Jeśli ty też go zranisz, pożałujesz że tu przyjechałaś. Nie baw się nim.
- Słucham? - zmarszczyłam brwi.
- Po prostu się nim nie baw.
- Nie bawię się nim. - warknęłam.
- To super. - uśmiechnęła się i wstała.
- Co to znaczy "ty też"? Kto jeszcze go zranił? - spojrzałam na nią. Nie wiem po co mi to wiedzieć. Spojrzała na mnie i poszła. Wyszła. Po prostu tak bez słowa. Robi się coraz dziwniej. Dopiłam sok i wyszłam kierując się do domu.


     Następnego dnia w szkole Charlotta nie odezwała się do mnie słowem. Nawet jednym, mimo że siedziałyśmy razem w ławce. Na lekcji francuskiego, Jeffrey rozdał testy wszystkim, a do mnie się dosiadł, aby wytłumaczyć jaki wymyślił dla mnie system nauczania i wyjaśnić podstawy języka.. Które znałam.
- Zaczniemy od podstaw, czyli przedstawienia się i powiedzenia czegoś o sobie. Przedstawić można się na dwa sposoby. Je suis Jeffrey, czyli ja jestem Jeffrey. Lub je
- Je m'appelle Emily. - odezwałam się totalnie znudzona. - Czyli nazywam się Emily. - Spojrzał na mnie poważnie.
- Que pouvez-vous faire d'autre? - co jeszcze umiem?
- J'ai étudié le français il y a trois ans. - o ile dobrze pamiętam? To było trzy lata temu? - Skłamałam w sekretariacie, myślałam że odpuszczą mi jeden przedmiot. Uczyłam się francuskiego przez dwa lata, trzy lata temu. - popatrzył na mnie poważnie, sięgnął z biurka kartkę i mi wręczył. Test diagnostyczny. Super.


     Minął tydzień. Całkiem spokojny tydzień. W szkole jakoś się układało, Jeffrey sprawdził testy, okazało się że jestem na nawet dobrym poziomie, mam pewne problemy z odmianą niektórych czasowników i tłumaczeniem, kilka słów poplątałam. No ale halo, trzy lata nie gadałam po francusku! Więc i tak uważam że dobrze mi poszło. W pracy też dobrze szło, super dogadywałam się z Rose. Joe był strasznie cichym człowiekiem. Jamie też był spoko. Nathaniela nie widziałam wcale. Charlotta nie rozmawiała ze mną, chyba że w sprawach szkolnych. Chris mnie pilnował, wpadał lub dzwonił codziennie wieczorem, czy wszystko gra. Kurwa, gorzej niż niańka. Az jestem ciekawa jaki ma układ z Londonem. No, to chyba tyle z dobrych wieści? Z gorszych? Kończą mi się pieniądze, wypłatę dostanę po przepracowanym miesiącu, czyli za trzy tygodnie. Więc muszę przyoszczędzić na jedzeniu. Ogólnie starałam się nie wspominać, nie rozmyślać i po prostu żyć każdym dniem. Ale bardzo tęskniłam i było mi naprawdę trudno, tak wewnętrznie, ciężko. Czułam się zagubiona i nieszczęśliwa. Więc co mądra Emily zrobiła? Poszła sobie kupić fajki, za kase za którą bym miała ze trzy śniadania. Brawo ja!


     To miasto wydaje się coraz dziwniejsze. Słowo daje, zaczynam się zastanawiać co ja tu robię? Kolejny piątek. Kolejne spotkanie grupowe w Verdant. Wyszło tak że musiałam przyjść sama. Chris był w pracy i tylko gdy przyszliśmy wyszedł na sale. Rose została zamknąć Jtters z Jamiem i doszli oboje później. No a Joe, Paul, Jeffrey, Charlie i Nathan doszli osobno. Wszyscy zaczęli gadać, oprócz mnie bo za bardzo gadatliwa nie jestem. I Nathana, który był jakiś dziwny dziś.
- Nathan, a tobie co? - w końcu padło pytanie Paula.
- Nic.
- No właśnie widzę. - Paul się na niego patrzył, a Charlie spojrzała na mnie. Wymownie. Co znowu zrobiłam?
- Nic mi nie jest Paul. - odezwał się spokojnie.
- To czemu nic nie mówisz? Ty, rasowa papla. - zaśmiał się.
- Bo jestem zmęczony. - westchnął. Paul odpuścił.
- To nie pij dziś dużo bo cie złoży. - Nathan tylko kiwnął głową.
- Idę na fajka. - Charlie wstała, ja też i poszłam za nią.
- O co ci chodzi? - zapytałam od razu. Wyjęła papierosa z paczki i włożyła sobie do ust. - halo? - podpaliła go i dopiero podniosła na mnie wzrok.
- O nic.
- A to spojrzenie? - westchnęła.
- Miałaś się nim nie bawić.
- Nie bawię się nikim.
- Jemu na tobie zależy. - Ale mi nie? Chyba. Choć jego uśmiech topi mi serce, a spojrzenie powoduje gęsią skórkę..
- Mam cie dość.
- Ranisz go swoim zachowaniem.
- Czemu wypowiadasz się w moim imieniu? - usłyszałam Nathana za sobą, aż podskoczyłam. - pomijając to. Niby czym mnie rani? Rozumiem że masz syndrom nadopiekuńczej siostry, ale to zaczyna się robić chore. I żałosne Charlie. - popatrzył na nią, ona wyrzuciła niedopałek, wzruszyła ramionami i wróciła do baru. - Przepraszam za nią. - spojrzał na mnie wyciągając papierosy z kieszeni skórzanej kurtki.
- Nie takie rzeczy przeżyłam. - uśmiechnęłam się delikatnie. Wyciągnął papierosa i wsadził sobie do buzi. Podałam mu zapalniczkę. Uśmiechnął się i podpalił.
- Palisz?
- Popalam czasem. - wyjęłam papierosy z kieszeni spodni i podpaliłam jednego. - Długo tu mieszkasz?
- Dwa lata. Nasz sukces, zawsze wyprowadzaliśmy się po pół roku do innego miejsca.
- Czemu? - wzruszył ramionami.
- Po prostu. Szukaliśmy swojego miejsca.
- I tu je znaleźliście?
- Zdecydowanie. Też Christian dużo nam dał. Dba o ludzi ze swojego grona. Nie tylko jesteśmy przez niego chronieni przed tubylcami i innymi grupami, ale daje nam też poczucie przynależenia gdzieś, posiadania rodziny i.. Po prostu bycia kimś więcej niż sąsiadem dla drugiej osoby. - kiwnęłam głową.
- Jesteś tu tylko z Charlie?
- Jestem z Charlie sam od dziewięciu lat. – zerknął na mnie jakby badawczo.
- Kawał czasu..
- Kiedyś taka nie była, była bardziej.. - zastanowił się. - Radosna. Dziesięć lat temu zmarła nasza mama, długo chorowała, rok później ojciec się powiesił z żalu za nią. Charlie bardzo to przeżyła, zmieniła się. Szybko podjąłem decyzję o wyjeździe. Ale zanim trafiliśmy tu, zjeździliśmy pół Stanów. Tu znaleźliśmy swoje miejsce. - kiwnęłam głową. - A ty? Chris mówił że masz brata.
- Tak. Londona. Jest ode mnie starszy. - spojrzałam na niego. - Mam tylko jego. Nie chce o tym mówić.. - westchnęłam.
- Nie musisz. - uśmiechnął się.
- Charlie mówiła.. Że ktoś cie zranił.. - zerknęłam na niego. Patrzył za mnie na grupkę ludzi po drugiej stronie ulicy. Zaciągnął się i wypuścił powoli dym.
- Mam za sobą nie fajny związek. - przyznał. - A Charlie jest trochę przewrażliwiona na moim punkcie. Nie zna do końca prawdy ale ma wybujałą wyobraźnie. Uważa że zraniło mnie rozstanie, nie prawda. Uważa że to najgorsze co mi się przytrafiło, też nie prawda. Akurat rozstanie z tamtą osobą było najlepszym krokiem jaki mogłem podjąć. - kiwnęłam głową na jego słowa. Chyba lubię słuchać jego głosu. Patrzył na mnie chwile. Zgasiłam pół fajka, ale nie chciałam jeszcze iść.
- Czemu mi to wszystko mówisz? - widzimy się trzeci raz na oczy? A on mi opowiada historię swojego życia. Spojrzał mi w oczy zaskoczony.
- Nie wiem. Ufam ci.
- Nie znasz mnie.
- Ale.. - westchnął. - w sumie nie mam żadnego argumentu. - zaśmialiśmy się oboje. - Po prostu ci ufam, masz w sobie.. Coś.. - popatrzył na mnie.
- To coś to przyciąganie kłopotów, narażanie i ranienie ludzi. - westchnęłam.
- Napewno nie. - obserwował mnie. - To napewno coś zupełnie innego.
- Skąd ta pewność? – zmarszczyłam brwi i głupio się uśmiechnęłam.
- Bo kiedyś myślałem dokładnie tak samo o sobie.
- Hm.. - kiwnęłam głową. - Czyli jest jeszcze dla mnie nadzieje?
- Dla każdego jest. - kiwnął głową. Wyrzucił niedopałek do studzienki. - wracamy?
- A masz inny pomysł? - ruszyliśmy wolno do baru.
- Zawsze możemy gdzieś uciec.
- Ale w środku mam rzeczy.
- Ktoś je na bank weźmie. - uśmiechnął się.
- Namawiasz do złego.
- Być wiecznie grzecznym jest nudne.
- Haaa! Już cie lubię. – wskazałam go palcem.
- Tylko lubisz? - zrobił smutną minę, udawaną i przerysowaną, za to ja się śmiałam. Doszliśmy do stolika i usiedliśmy.
- A wam co tak wesoło? - zapytał Paul.
- Przez chwile mieliśmy chytry plan żeby was tu zostawić, ale nam nie wyszło. - wytłumaczył Nathan, a Jeffrey nalał do kieliszków wódki. No i tak to się zaczęło. Standardem chyba było, żeby po piciu w barze chodzić do Chrisa. Paul tym razem też się wyłamał wracając do domu. Tym razem Charlie i Joe też pojechali, chyba na coś więcej niż spanie, bo dziś lepili się do siebie jak guma do włosów. U Chrisa oczywiście w ruch poszedł alkohol, tym razem zamiast whisky był burbon. Rose w połowie poszła spać, więc pił jeszcze Chris, Jeffrey, Jaime i Nathan. Ja w sumie siedziałam obok Nathana i patrzyłam. Nie chce się tym razem tak spić. Chłopaki gadali o czymś co ostatnio wydarzyło się w mieście, ale ja nic o tym nie wiedziałam. W końcu Jamie odpuścił i stwierdził że idzie do domu, zaraz za nim Jeffrey. Więc oni wyszli, Chris przygotował materac dla Jamiego.
- Dobra, została kanapa i pokój gościnny. - popatrzył na nas Chris.
- Ja kanapa. - odezwałam się natychmiast. - Chociaż w sumie mogę wracać do domu.
- To już jak uważasz. – patrzył na mnie.
- To pójdę do domu.
- To ja cie odprowadzę. - odezwałeś się. Chris na nas popatrzył i się zgodził, więc zgarnęłam swoją torebkę i wyszliśmy. Było zimno, jak przystało na wrześniowe noce. Szliśmy w ciszy, on trzymał ręce w kieszeniach spodni. Doszliśmy do domu, otworzyłam drzwi z klucza.
- Dziękuję Nathan. - spojrzałam na niego.
- Nie ma sprawy. - uśmiechnął się. Weszłam do środka stając w progu, a on oparł się obok futryny bokiem. - strasznie lubię z tobą rozmawiać. - patrzył mi w oczy. Uśmiechnęłam się. - I strasznie mi się podobasz.. i.. - wlepił we mnie wzrok. - Jestem strasznie pijany. - patrzyliśmy na siebie, zaśmiałam się, on westchnął. - Idę, dobrej nocy. - uśmiechnął się i ruszył.
- Nathaniel. - zawołałam, odwrócił się. Chwile na siebie patrzyliśmy. - Chodź. - zaprosiłam go do środka, więc się wrócił. Nie wiem dlaczego? To zły pomysł. Zamknęłam za nim drzwi, stał i się na mnie patrzył. - Chodź, siadaj. - wskazałam kanapę, usiedliśmy tam. Była niezręczna cisza. Nie wiem co robię, nie wiem czemu go zaprosiłam. Po co? Chciałam być miła? Przyznaje, podoba mi się, jego głos i uśmiech palą mi serce. Ale wiem że nie mogę się tym razem z nikim związać. Po prostu nie mogę. W dodatku wiem że jeśli coś między nami będzie, będę musiała go później zranić. Jak każdego któremu na mnie zależało a musiałam uciekać. To okropne.
- Mam coś zrobić? - zapytał nagle przypatrując się mi.
- Nie. - spojrzałam na niego.
- Mam sobie pójść? - spojrzał na mnie. Pokręciłam głową. - Matko ale ty jesteś poplątana. - odezwał się poważnie a ja zaśmiałam. Miał całkowitą racje. - To czemu mnie zaprosiłaś?
- Bo.. - popatrzyłam w dywan. No właśnie, bo co? - Lubie z tobą być.. Lubie słuchać twojego głosu.. i.. - westchnęłam. - czuje się przy tobie bezpiecznie wiesz? - uśmiechnęłam się nerwowo, po co mu to wyznałam? Odwrócił się do mnie przodem, wciągając jedną nogę na kanapę. Patrzyliśmy na siebie. Była dziwna atmosfera. - Zostaniesz na noc? - kiwnął głową. - Pójdę przebrać się w piżamę, poczekasz? - znów kiwnął, wlepiał we mnie wzrok. Co ja robię? Wstałam i poszłam do łazienki. Zmyłam makijaż, rozpuściłam włosy i założyłam piżamę, materiałowe szorty i bluzkę z krótkim rękawem. Wyszłam. - Chcesz coś do picia?
- Nie, dziękuje.
- A ja przyniosę sobie wody. - poszłam do kuchni, wzięłam szklankę i butelkę wody. Może Charlie ma racje? Trochę się nim bawię? Nic od niego nie chce, ale w jakiś dziwny sposób ciągnę go do siebie? Zauważyłam że stoi w wejściu kuchni. Nalałam sobie wody. - To co robimy? - spojrzałam na niego i upiłam trochę wody. Podszedł bliżej i mi się przyglądał, chyba bił się z myślami. Podniósł rękę i wsunął na moją szyje, kciukiem gładząc mój polik. Jego gorące palce paliły moją skórę, rozpłynęłam się. - Brzydal co? Bez makijażu? - zaśmiałam się nerwowo. Pokręcił głową i zbliżył się do mnie, zerkał w oczy i na usta. Zastygłam. Zbliżał się powoli, zerknął mi ostatni raz w oczy i złączył nasze usta. Chryste, jakie delikatne i miękkie! Złapałam jego nadgarstek ręki która mnie trzymała. Całował delikatnie. Przymknęłam oczy. Jestem w niebie. Nawet nie wiem kiedy się ode mnie oderwał. Rozpłynęłam się. Pomiział kciukiem mój policzek. Spojrzałam na niego, patrzył na mnie. Patrzył inaczej. Pożądał. Wsunęłam dłonie na jego boki, zerkałam na jego minę aby wiedzieć czy mogę, w końcu się wtuliłam. Objął mnie delikatnie. Czas stanął, potrzebowałam tego. Oparł brodę na mojej głowie. Jak bardzo potrzebowałam takiej bliskości. Jest mi tak dobrze w jego ramionach. Chwila.
- Nathan ja nie mogę.. – mruknęłam cicho, nadal tkwiąc w jego ramionach. Co jest ze mną nie tak? Czemu uległam?
- Dlaczego? – zapytał spokojnie.
- Sprowadzę na ciebie niebezpieczeństwo. Ucierpisz na tym, prędzej czy później. Nie mogę narażać kolejnych osób. – prawie na niego krzyknęłam puszczając i robiąc krok w tył. Zamilkł na chwile.
- Mylisz się. Potrzebujesz kogoś bliskiego, kogoś kto będzie cię wspierać i kogoś kto cię ochroni. – popatrzyliśmy na siebie. – Nie jestem ślepy. Jesteś tu sama. Udajesz silną, a za każdym razem gdy cię widzę, masz w oczach strach. Odpychasz wszystkich którzy chcą ci pomóc.
- Mam kogoś kto chciał mnie ochronić i mi pomoc, prawie przypłacił za to życiem. Nie narażę innych. To moje błędy i ja będę ponosić za nie konsekwencje. – że ja nie potrafię trzymać języka za zębami..
- Jestem inny. Mam inne możliwości niż zwykli ludzie. Jestem w stanie cie ochronić. – patrzył mi twardo prosto w oczy. – I chce to zrobić.
- Dlaczego w ogóle chcesz mi pomagać?! Nie znasz mnie! – wrzasnęłam gestykulując rękoma.
- Bo się w tobie zakochałem ty głupia pindo! – krzyknął na mnie i pokręcił głową. – Odkąd zobaczyłem cię w sklepie nie mogę przestać o tobie myśleć. Wiem że ty też coś czujesz, bo nikt nie pakuje się od tak na przytulasa do łóżka i też odwzajemniłaś pocałunek. Tylko każda próba zbliżenia się do ciebie kończy się fiaskiem, bo odpychasz wszystkich. – patrzyłam na niego z grymasem niezadowolenia. – Czy mogłabyś dać mi szansę? Jedną? Spróbować? Jeśli nam nie wyjdzie, trudno. Ale przestań mnie przyciągać i odpychać jednocześnie bo zgłupieje. – zamilkliśmy, szybko oddychałam analizując sytuację. Ma rację.
- Dobrze. Ale na moich zasadach. – założyłam ręce na piersi.
- Jakich?
- Nie mów nikomu o nas, przy innych zachowujmy się jak znajomi.
- Czemu? – skupił znów na mnie wzrok.
- Nie chce żeby ktoś o nas wiedział.
- Dlaczego?
- Bo boje się o ciebie.
- Jestem bezpieczny.
- Nie rozumiesz. Jeśli mnie znajdą i dowiedzą się że jestem z tobą, nie będziesz bezpieczny.
- Kto ma cię znaleźć? Kogo tak bardzo się boisz? – patrzyłam. Nie powiem. Nie ma opcji. Czekał. – W porządku, sam się dowiem. – odezwał się nagle.
- Możemy iść spać? – spojrzałam na niego. Mam dość tej rozmowy. Był zaskoczony.
- Mam zostać? – kiwnęłam głową.
***
Hejo!
Jest kolejny rozdział, jak Wam się podoba? Tym razem nie spóźniłam się z publikacją :)
Kto jest kropka w komentarzu! Ostatni rozdział miał ponad 80 wyświetleń a komentarzy tylko 6 :(
Tak czy inaczej dziękuję pięknie! Wasze komentarze to moja motywacja do pisania dalej!
To chyba tyle na dziś, kolejny rozdział w okolicach 24? ;)
Do napisania!

Obserwatorzy