15.04.2017

43. Zawód i dzieciństwo.

     Następnego dnia w pracy byłam punktualnie, trzeźwa, świeża i pachnąca. Zgarnęłam listy od Jane, która przywitała mnie uśmiechem. Poszłam do siebie i je otworzyłam, rozkładając na te do mnie i do ciebie. Poszłam po teczki do dołączenia dokumentów i po te na dziś. Zgarnęłam je razem z twoimi listami i poszłam do twojego biura. Po drodze Kim dała mi jeszcze teczkę dla ciebie, od Joe. Weszłam do ciebie, siedziałeś już przy biurku z Mikem..
- Dzień dobry Emily. - uśmiechnąłeś się i mnie obserwowałeś.
- Cześć. - odezwałam się i podeszłam. Mike też kiwnął głową. - Tu są listy. Tu teczki dzisiejszych klientów, ta jest pusta dla tych nowych. - układałam wszystko na twoim biurku. - To są projekty do dokończenia na jutrzejsze spotkania. A to - pokazałam niebieską teczkę. Twoje były czerwone. Joego niebieskie. - Dała mi Kim, Joe prosi o pomoc z tym ogrodem. Zaznaczył na planie co masz sprawdzić. - pokiwałeś głową.
- Dobrze, dziękuje. Jego projekt jest na dziś?
- Tak, klienci będą na czternastą. Zdążysz?
- Tak, zaraz zajrzę. Jane ma wczorajsze projekty i kosztorysy.
- Ok. - kiwnęłam głową. Patrzyłam na ciebie czekając na jakieś nawiązanie do wczoraj. Milczałeś. Spojrzałeś na mnie.
- Coś jeszcze ode mnie chcesz?
- Nie. - zaprzeczyłam ruchem głowy.
- To wracaj do pracy.
- Jak będziesz miał chwile, możemy porozmawiać? - spojrzałeś mi w oczy i kiwnąłeś głową.
- Tak. Odprowadzę Mikea i zapale na dole, wrócę i porozmawiamy, dobrze?
- Ok. - kiwnęłam i wyszłam. Zajęłam się swoją pracą a po jakimś czasie przyszedłeś do mojego pokoju, który dzieliłam z Kim.
- Emily. - zawołałeś, poszliśmy do ciebie. Wpuściłeś mnie pierwszą a za sobą zamknąłeś drzwi. - Siadaj. - usiedliśmy przy twoim biurku. Skupiłeś na mnie wzrok a ja błądziłam swoim po dywanie. - Chciałaś rozmawiać.
- Tak. - odezwałam się cicho. Czułam i widziałam kątem oka jak ciągle na mnie patrzysz. Znów z tą miną która nic mi nie mówiła. Wbiłam wzrok w biurko.
- Emily. Spójrz na mnie. - odezwałeś się po chwili ciszy. Podniosłam wzrok. Uśmiechnąłeś się delikatnie. - Nie mam całego dnia Słońce. - mówiłeś łagodnie.
- Jesteś na mnie zły? - zaczęłam.
- Nie.
- Na pewno?
- Na pewno. - odpowiadałeś na pytania szybko i zdecydowanie.
- A za wczoraj..?
- Też nie. Emily, posłuchaj. Jestem w stanie zrozumieć czemu piłaś, alkohol jest dla ludzi. Nie jestem o to zły. Chodzi o to że przyszłaś w takim stanie do pracy, mogąc łatwo zaradzić tej sytuacji, nawet nie dzwoniąc, a wysyłając wiadomość że w tym dniu cie nie będzie. Bez pytań, bez sprawdzań, bez obcinania pensji, nagan, czy czegokolwiek. Masz prawo do urlopu jak każdy inny pracownik. Musisz zrozumieć że pracujesz z ludźmi, pół biedy że ze mną, ale z Jane, Kim, Dylanem, Joe, Liamem, klientami i współpracownikami z firm zewnętrznych. Twój stan wpływa na ocenę firmy przez klientów. Pomijając fakt że mieszkasz daleko, jeździsz autobusem, winda w budynku nie zawsze działa i trzeba iść po schodach, musisz też wrócić do domu, narażasz się na wypadek bo jesteś nietrzeźwa. Musisz też zrozumieć że tu, nie jestem tylko twoim partnerem, ale jestem też twoim szefem, pracodawcą który podpisuje z tobą umowę, który odpowiada za ciebie w godzinach pracy. Jeśli cokolwiek by się stało, ja za to odpowiadam. Jeśli mielibyśmy wyrywkową kontrole z urzędu, ty masz skierowanie na badania psychiatryczne a ja postępowanie karne. Następnym razem zastanów się i powiadom mnie że po prostu nie przyjdziesz. - skończyłeś monolog.
- I nadal twierdzisz że nie jesteś zły?
- Nie jestem. Popełniłaś błąd. Nie jestem typem osoby która rozpamiętuje i wypomina. Jestem wyrozumiały. To było wczoraj, wczoraj byłem trochę zły, odwiozłem cie, wyspałem się i dziś to dziś, a wczoraj to wczoraj. Dziś jesteś trzeźwa.
- Skąd wiesz? Może tylko dobrze się kryje? - oparłeś przedramiona na biurku i pochyliłeś się do mnie.
- Znam twoje oczy i znam twoje zachowania. I sądzę że nie jesteś głupia i nie zrobiłabyś tego drugi raz. - patrzyłeś mi w oczy.
- Mówiłeś że sprawdzisz mi poziom alkoholu, żartowałeś?
- Nie. Jako pracodawca mogę i mam alkomat w biurze. - oparłeś się o oparcie. Pokiwałam głową.
- Przepraszam. - zaczęłam. - Pogubiłam się. Nie umiem sobie poradzić.. to co się stało.. kompletnie wybiło mnie z rytmu.. obudziłam się w nocy, zapłakana, przerażona.. nie myślałam co robię, chciałam tylko zapomnieć, a rano było mi głupio i wstyd przyznać się przed tobą że piłam pół nocy, bo jestem tak słaba że nie umiem sobie radzić. - popatrzyłeś na mnie chwile i wstałeś, przeszedłeś z mojej strony siadając na drugim krześle i złapałeś moje dłonie.
- Wiesz że alkohol nie załatwi twoich problemów tylko stworzy kolejne? - kiwnęłam głową. - Następnym razem do mnie zadzwoń, przyjdę do ciebie. Dobrze?
- Była czwarta w nocy.
- Nie ważne która była. Masz zadzwonić. Zawsze o każdej porze. Z każdym problemem. - kiwnęłam głową. - Chcesz porozmawiać? O tym co się stało? O Peterze?
- Nie. - zaprzeczyłam szybko. - Na razie nie.. - dodałam ciszej.
- Pamiętaj że zawsze dla ciebie jestem. - pokiwałam.
- Czy w piątek mogę wyjść wcześniej? Ślub jest wieczorem.
- Piątek masz wolny.
- Co? - uniosłam brwi do góry.
- Masz wolny. Przewidywałem że będziesz potrzebować trochę czasu żeby coś pomóc i samemu się przygotować. Ja w piątek rano pracuje z kwiatami dla Madd i Neala, przywiozę je do kościoła i na sale weselną i przyjadę po ciebie.
- Masz już samochód?
- Nie. Jeżdżę firmówką przecież. - popatrzyliśmy na siebie chwile. - Emily. - zwróciłeś moją uwagę na siebie. - Nie stresuj się. Jest wszystko w porządku.
- Jest mi głupio.. - westchnęłam.
- Niech ci nie będzie. - pochyliłeś się patrząc mi łagodniej w oczy. - Popełniłaś błąd. Ja też je popełniam.
- Nie przychodzisz pijany do pracy.
- Za to próbuje podciąć sobie żyły. - spojrzałam ci w oczy. Byleś spokojny i opanowany. - Nie martw się. - klepnąłeś moje kolano i wstałeś. - Muszę brać się za prace, ale jeśli będziesz chciała porozmawiać to zawsze znajdę dla ciebie czas. - też wstałam.
- Idę nadrabiać zaległości. - kiwnęłam głową.

     Piątek był rozbiegany, od rana w domu działo się dużo. Madd razem z siostrą, mamą i przyjaciółkami siedziały w jednym pokoju i robiły makijaże i te wszystkie inne rzeczy. W drugim był wujek z Paulem i jakimiś znajomymi. A ja siedziałam u siebie z laptopem na kolanach. W sumie mi się nudzi. W sumie chce już się z tobą zobaczyć. Chyba potrzebuje rozmowy. Szczerej. Takiej jak z tobą. I szczerze to potrzebuję się napić, spić do nieprzytomności. Mam dziś okazję pić bezkarnie. Yh. Zadzwonił telefon. Maxim.
- No?
- Piękna, otworzysz mi bramę? Mam kwiaty dla druhen, panny młodej, pana młodego i na auto.
- Tak już idę. - zeszłam na dół. Podjechałeś firmówką, z Liamem.
- Cześć piękna. - złapałeś mnie za bok i ucałowałeś. - Liam, bierz się za samochód ja idę z kwiatami. Pomożesz mi? - kiwnęłam głową i podałeś mi koszyk z bukietami, sam wziąłeś drugi. Poszliśmy na gore, dałeś wujkowi i Paulowi kwiaty do kieszonek, poszliśmy do Madd i zostawiliśmy tam bukiety. Zeszliśmy na dół i wzięliśmy się za auto. W sumie patrzyłam tylko czy symetrycznie rozkładacie wstążki i kwiaty. - Dobra, zmykam do siebie, przebiorę się i przyjadę. - stanąłeś łapiąc mnie w talii.
- Ok. - kiwnęłam głową, patrzyłeś w mi oczy.
- Czemu jesteś smutna? - wyczułeś mnie.
- Bo.. nie wiem. - wzruszyłam ramionami.
- Nie bądź smutna. Jesteś piękną kochaną osobą. - pocałowałeś moje czoło. - Jadę. Zaraz wróce. Pamiętaj żeby wziąć jakieś buty na płaskim, bo nie pobiegasz cały wieczóre i pół nocy w obcasie. - pokiwałam głową. Odjechaliście a ja poszłam do domu się przebierać. Przyjechaleś po mnie godzine później, czekałam aż na dol zejdzie reszta. Jechaliśmy kolumną. Paul z Mellison, Maddeleine i Nealem pierwsi, my za nimi, a za nami rodzina Madd. Zerkałam na ciebie, byłeś skupiony na drodze, ale byłeś też jakiś.. nieobecny.
- W pracy wszystko dobrze?
- Tak. - odezwałeś się cicho.
- A w domu? Z Emmą?
- Też dobrze.
- Jest teraz sama?
- Mike i Ashley u mnie przenocują. - pokiwałam głową patrząc za okno.
- Coś się stało? Jesteś jakiś inny.
- Jestem trochę zmęczony. - dojechaliśmy pod kościół. Tam zajęliśmy swoje miejsca, jako świadkowie siedzieliśmy za Państwem Młodym. Po powiedzeniu sobie "tak" i pierwszym całusie jako małżeństwo, ruszyliśmy do sali weselnej. Zaraz po wejściu wypiliśmy szampana za zdrowie młodych i zajęliśmy miejsca obok Madd i Neala. Ja z tobą obok Madd, Paul z Mellison obok Neala. Podali pierwsze danie, a zaraz za nim przynieśli wódkę. Zaczęły się tańce i poprosiłeś mnie na parkiet. Później podali drugie ciepłe dane i ciągli podawali alkohol, pod różnymi postaciami. Madd i Neal w zasadzie nie schodzili z parkietu, my też, Paul i Mellison także. Tańczyłam też z wujkiem, Paulem i jakimś chłopakiem z rodziny Maddeleine. Wszyscy bawili się świetnie, a za oknem się ściemniło. Nie mogłabym wspomnieć że kwiaty wyglądały świetnie, przybrane drobnymi kryształkami, perełkami i świeczkami. Po północy część gości była już pijanych, albo przynajmniej mocno wstawionych. Ja też piłam, nawet sobie nie szczędziłam dolewaniem. Od pojawienia się ojca, miałam często gorsze dni, czułam potrzebę picia. Czy to źle? Ty nie piłeś, byleś kierowcą. Ale bacznie mnie obserwowałeś, ciągle wyciągałeś na parkiet, uniemożliwiając mi picie alkoholu. Ale byłeś kochany, opiekuńczy.. tak jak kiedyś. Jak na początku naszego związku. Chodziłeś ze mną nawet do łazienki. Usiedliśmy przy stole, wzięłam się za ciasto. Ty siedziałeś, patrząc na ludzi, oparty o oparcie z ręką wyciągniętą na moje. Dłonią miziałeś mnie po ramieniu.
- Wyjdę zapalić, dobrze? - odezwałeś się spokojnie. Kiwnęłam głową. Wstałeś, ucałowałeś mój policzek i wyszedłeś.
- Wszystko w porządku? - dosiadł się do mnie Paul.
- Najlepszym. A u ciebie?
- Wszystko dobrze, dziękuje. - uśmiechnął się. - Zdaję się że Aiden był też zaproszony?
- Tak, ale ma dużo pracy, jakaś poważna sprawa. - Czyli moja. Spojrzałam na niego. Pokiwał głową. - A co?
- Tak pytam. Z ciekawości. A Maxim gdzie?
- Poszedł zapalić. A ja objadam się ciastem.
- A jak jego problemy? - spojrzałam na niego.
- Przyzwoicie. - mruknęłam.
- To dobry chłopak.
- Wiem. - patrzył na mnie.
- Jestem trochę wstawiony, przepraszam jeśli gadam głupoty.
- Nie gadasz, spoko. - uśmiechnęłam się. - Jak Mike sobie radzi?
- Bardzo dobrze. Bardzo się cieszę że daje radę. To bystry i ambitny chłopak. Główne praktyki ma u mnie w klinice, a w szpitalu i przychodni dodatkowe. Jest rozumny i ma intuicje, szybko się uczy i nie boi się pytać i konsultować. Będzie z niego dobry doktor.
- To świetnie. Dziękuje że mu pomogłeś. To dobry chłopak. - kiwnął głową z uśmiechem. - Pójdę się przewietrzyć, na sali jest gorąco.
- To prawda. Urok sal bez okien. - zaśmiał się. Wstaliśmy, on poszedł w swoją stronę, a ja zeszłam na dół. Przed budynkiem stało kilkanaście osób. Palili papierosy w grupkach, drudzy tylko stali rozmawiając. Nie widziałam ciebie. Stanęłam rozglądając się po ludziach.
- Hej piękna pięknaa. - odwróciło się do mnie dwóch pijanych podlotków, jak sądzę z rodziny Madd, lub przyjaciół, bo widzę ich pierwszy raz na oczy. Dziwne było to, że ludzie z mojej rodziny omijali mnie szerokim łukiem, szepcząc między sobą o śmierci mojej mamy. Milusio nie? Pozwolę sobie zostawić to bez komentarza. - Nie znam cie, jesteś od Pana Młodego?
- Możliwe. - mruknęłam.
- Ładna z ciebie dziunia. Chętnie spędzę z tobą noc. Zatrzymaliśmy się w hotelu. - zaczął szperać po kieszeniach, chyba za wizytówka.
- Josh, zostaw ją, pewnie jest z kimś. - zaczął drugi.
- Nie wątpię, żeby taka lala była bez swojego pana. Ale zawsze można zgrzeszyć. Ja chętnie zgrzeszę. Z kim jesteś?
- Ze mną. - odezwałeś się nagle z za mnie. Odwróciłam się. Stałeś oparty o ścianę, z papierosem w jednym ręku i telefonem w drugim. Nawet nie podniosłeś na nich wzroku, patrząc na ekran komórki. Zaciągnąłeś się. Twój głos był pewny, stanowczy. Podeszłam do ciebie, zakładając ręce na piersi bo wiał chłodny wiatr.
- Twój brat? - podeszli do nas. - Czy kolega do wynajęcia na jeden wieczór?
- Nie twój biznes kolego. - odezwałeś się.
- Chodź, zabawimy się, bo kolega woli telefon. - uśmiechał się szeroko.
- Nie dzięki.. - mruknęłam.
- No chyba nie powiesz że ten ogr to twój chłopak?
- Radzę ci stąd iść, zanim ten ogr skopie ci publicznie dupę. - odezwałeś się znów i zaciągnąłeś. No tylko bez bójek! Nie na ślubie wujka!
- Lepiej już idźcie. - popatrzyłam po nich.
- Josh, chodź. - ciągnął go bardziej trzeźwy kolega.
- Poczekaj no. - szarpnął się gdy złapał go za ramie. - Podobasz mi się, przyjdź do hotelu. - podał mi wizytówkę, którą w ostatniej chwili zabrałeś mu z rąk i wyjąłeś papierosa z ust.
- Dziękuje. Powinieneś już iść. - spojrzałeś na niego, chowając telefon do kieszeni. Chłopak trochę zbladł.
- Jesteś niesympatyczny i arogancki. - zaczął, miałeś tą swoją pokerową minę, a ja nawet się uśmiechnęłam. - W każdym razie, hotel wynajęty przez Młodych, pokój trzysta czterdzieści. Będę czekać.
- Nie zatrzymujemy się w hotelu na koszt Państwa Młodych. Zabierz kolegę zanim pozbędę go zębów proszę. - spojrzałeś na trzeźwiejszego.
- Josh. - upomniał go i pociągnął.
- Czemu jesteś z takim dupkiem? - znów się wyrwał koledze i podszedł.
- Nie jest większym dupkiem niż ty. - popatrzyłam na niego. Uśmiechnął się!
- To dobrze, dziewczyny lubią dupków. - złapał mnie za ramie, a ty walnąłeś go w klatkę odsuwając ode mnie.
- Panowie. - wyszedł akurat Paul. - Bez bójek proszę. - posyłałeś sobie z kolesiem spojrzenia morderców.
- On zaczął. - wskazał ciebie. - Zapraszam na soloweczkę jak taki mocny jesteś.
- Skopie ci dupę kretynie. Wracaj na górę pić dalej i znajdź sobie dziewczynę. - oparłeś się o ścianę znów.
- Panowie - złapał chłopaka za ramiona. - Proszę się rozejść. Bez bójek. Wracaj na górę. - poszli, a Paul podszedł do nas. - A ty się uspokój i nie pchaj w kłopoty.
- Jestem bardzo spokojny. - spojrzałeś na niego. Kiwnął głową i odszedł. Spojrzeliśmy na siebie.
- Nie będziesz się z nim bić? Prawda?
- Jest pijany. - popatrzyłeś na mnie. Włożyłeś papierosa do ust i zdjąłeś marynarkę, zarzucając na moje ramiona.
- Dzięki. - oparłeś się znów o ścianę, zaciągając się i biorąc fajka do ręki. Wypuściłeś dym w drugą stronę. - Coś się stało? Co jakiś czas sprawdzasz telefon.
- Emma wysyła mi zdjęcia. - wyjąłeś go i podałeś.
- Przepraszam, masz ogień? - podszedł jakiś szatyn. Podałeś mu zapalniczkę z kieszeni a ja stałam patrząc na twój telefon. Oddał ci zapalniczkę i odszedł.
- Nie mam zamiaru sprawdzać twoich wiadomości. - Spojrzałam w twoje oczy. Zmieszałeś się.
- Nie mam przed tobą tajemnic.
- Telefon to twoja prywatna rzecz. Nie będę cie szpiegować i sprawdzać. - zabrałeś telefon i sam wszedłeś w wiadomości pokazując zdjęcia od Emmy. Wygląda na to że świetnie się bawią. Emma i Ashley w śmiesznym makijażu przed lustrem, Mike malujący Ash, Emma z winem. Schowałeś telefon. - która jest w ogóle godzina?
- Dochodzi druga. - pokiwałam głową. - Jak chcesz jechać to mów.
- To raczej ty mów. Wstałeś rano, ja spałam do dwunastej. - uśmiechnąłeś się.
- Hotel jest dwie przecznice stąd.
 - Raczej jakieś sześć.
- Nie bierzemy pokoju od Pary Młodej. Zarezerwowałem pokój w innym hotelu.
- Ah. Tak. - kiwnęłam. - Wracamy? Trochę tu zimno.
- Tak. - wyrzuciłeś niedopałek i weszliśmy do budynku. Po drodze wyjąłeś z kieszeni gumę do żucia. To twój sposób na zatuszowanie zapachu papierosów. Usiedliśmy przy stole. Podszedł kelner z alkoholem pytając czy chcemy. - Dziękujemy, ta pani już nie pije. - zabrałeś mi kieliszek z rąk. Pan odszedł a ja obrzuciłam cie złym spojrzeniem. - Jesteś na weselu opiekuna, jak się spijesz do nieprzytomności to nie będzie to wyglądać za dobrze. - uniosłam w górę brwi ze zdziwienia. - Poza tym chce dziś z tobą jeszcze porozmawiać.
- No i wszystko wiadomo. - założyłam ręce na piersi.
- Emily - złapałeś moje dłonie pochylając się w moją stronę. - Wiem co próbujesz zrobić.
- Ciekawe.
- Alkohol nie rozwiąże twoich problemów. Rozmawiaj ze mną. Nie uciekaj w uzależnienia. One powodują tylko narastanie kolejnych problemów. I wiem co mówię. - patrzyłeś mi w oczy. - Masz mnie, masz Aidena, Ashley. Rozmawiaj. - zamilkłeś na chwile. - Kocham cie. Nie popełniaj tego błędu co ja. - objąłeś mnie ramieniem i ucałowałeś w skroń. Przytuliłam głowę do twojej klatki i ramienia.
- W sumie, to jestem zmęczona. - I tak to się zabraliśmy. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi i poszliśmy do auta. Wynająłeś pokój w bardzo przytulnym hotelu. Zamknąłeś drzwi, zdjąłeś krawat i rozpiąłeś koszulę z dwóch guzików. Za to ja siłowałam się z rozpięciem sukienki.
- Pomogę. - rozpiąłeś mi ją, zsunęłam ją i zaczęłam szperać w bagażu za piżamą. W końcu zdjęłam szpilki! Nogi mi odpadają. Kto nie chodzi na co dzień tylko od święta w takich butach, ten wie. Poszłam do łazienki wskoczyć w piżamę i zmyć makijaż. Gdy wróciłam siedziałeś na łóżku, w jasnych szarych dresowych spodniach i luźnej białej koszulce z krótkim rękawem. Podeszłam. Wyciągnąłeś do mnie ręce i pociągnąłeś abym okrakiem usiadła na twoich nogach. Przytuliłeś mnie. Pilnowałam się aby nie dotykać cie dłońmi. Przejechałeś dłonią po moim nagim udzie bo spałam w majtkach, do biodra i po boku pod koszulką. Drugą ręką odciągnąłeś dekolt i pocałowałeś mój obojczyk. - Kocham twoje obojczyki. - szepnąłeś. - Zmęczona?
- Trochę, a ty?
- Trochę bardziej. - musnąłeś obojczyk.
- Chciałeś rozmawiać.
- Mam do ciebie kilka pytań. - muskałeś dalej obojczyk.
- Ile? - podniosłeś na mnie wzrok.
- Pięć podstawowych. To zależy co odpowiesz.
- Powinnam się bać?
- Nie. - uśmiechnąłeś się delikatnie. - To tylko rozmowa. - musnąłeś moje usta. - Ostatnio dużo się wydarzyło w naszych życiach.
- Chyba ze mną nie zerwiesz..? - mruknęłam ciszej.
- Słońce, nie żartuj sobie. Kocham cie. - pocałowałeś mnie łapiąc dłonią za kark. - Chciałbym z tobą porozmawiać, szczerze i bez wstydu. - patrzyłam tylko w twoje ciemne oczy, a ty w moje.
- Ok.. znów będą okresy, penisy i co tam jeszcze lubisz? - westchnęłam. Chyba powinnam już przywyknąć.
- Chciałbym na przykład wiedzieć, czy masz jakieś fantazje seksualne? - otworzyłam szerzej oczy. Chyba się zaczerwieniłam. Milczałam. Było mi wstyd gadać o czymś takim. Czemu ciągle to robisz? To jakieś twoje hobby? Fetysz? Zakład z kimś? Zaczerwieni się czy nie? - Emily, sypiamy ze sobą już jakiś czas. Wiesz jak to wygląda. Znasz te emocje i bliskość. Wiem co lubisz w łóżku, znam twoje ciało, ale może jest coś, czego chciałabyś spróbować, poza normalnym seksem?
- Maaax.. - jęknęłam przykładając sobie dłonie do twarzy.
- Nie wstydź się mnie. - uśmiechnąłeś się odciągając je za nadgarstki. Złapałeś moje dłonie masując wierzch kciukami.
- Ale się wstydzę.
- Niepotrzebnie. - spuściłam wzrok w dół na twoją koszulkę i nasze dłonie.
- Może ty zacznij..
- Ja przez większość rzeczy przeszedłem z poprzednimi partnerkami, stosunek analny, przebieranki, wibrator, poza tym nie okłamujmy się, faceta można zadowolić tylko na jeden sposób, kobiety mają więcej stref erotycznych, więcej możliwości.
- Nie wiem, nie zastanawiałam się nigdy. - wzruszyłam ramionami ale czułam że palą mnie policzki. Ale mi głupio!
- W każdym razie, ja jestem otwarty na twoje propozycję, jeśli czegoś chcesz spróbować, to powiedz.
- Ok, fajnie. - pociągnąłeś mnie za brodę abym spojrzała na ciebie.
- Jesteś słodka jak się wstydzisz. - uśmiechnąłeś się. - Czy jest coś, czego brakuje ci w naszym związku? Coś byś zmieniła?
- Co to w ogóle za pytania?
- Emily, pytam poważnie. Odpowiedz. - patrzyłeś mi w oczy.
- Nie wiem, nie zastanawiam się nad takimi rzeczami.
- Ale nie wiesz czego ci brakuje? Albo co ci przeszkadza? - chwile milczeliśmy.
- Niczego mi nie brakuje. - spojrzałam na ciebie. - Nic bym nie zmieniała. Jestem szczęśliwa.
- A jest coś, co chciałabyś zmienić we mnie? - popatrzyłam ci w oczy, patrzyłeś w moje.
- Max.. - jęknęłam. Nie chce cie zmieniać.
- Odpowiedz. Zastanów się. Tylko rozmawiamy. Nie szukam pretekstu do kłótni, chce tylko wiedzieć. Chce żebyś była szczęśliwa i spełniona. Może jest coś czego ci brakuje i mógłbym spróbować to zmienić. - popatrzyliśmy na siebie w ciszy.
- Chciałabym.. - westchnęłam. - Nie chce o tym gadać. - Wbiłam w ciebie wzrok.
- Dlaczego?
- Bo nie chce cie urazić, to twoje słabości i je rozumiem, bo też mam swoje.
- Nie urazisz mnie, nie tak łatwo to zrobić. Zapytałem i oczekuje odpowiedzi, szczerej. Jesteśmy w związku, powinniśmy rozmawiać ze sobą szczerze i mówić co nam nie pasuje.
- Chciałabym.. Móc cie dotykać. Przytulać. Okazywać czułość. - pokiwałeś głową.
- Brakuje ci dotyku? - mówiłeś spokojnie i cicho.
- Brakuje mi tego, że nie mogę się do ciebie przytulić w nocy. Objąć cie. Złapać za bok. Przytrzymać się klatki albo ramienia gdy się kochamy.. - Pokiwałeś głową.
- Ufasz mi?
- Tak.
- Boisz się mnie?
- Ufam ci.
- To nie to samo. Boisz się mnie? - popatrzyłam chwile. - Odpowiedz szczerze.
- Czasem. - odbiegłam wzrokiem.
- Boisz się że cie uderzę?
- Tak.
- Gdy to robię widzisz Petera?
- Tak.
- Boisz się gdy krzyczę?
- Ty nie krzyczysz.
- Czasem krzyczę, głównie na siostrę. - drgnęły ci kąciki ust do góry. - Czy boisz się mnie bardziej odkąd wiesz że pracowałem dla Petera?
- Nie.
- Pijesz alkohol przez Petera? Czy masz inne powody?
- Odkąd się pojawił nie sypiam. Mam koszmary. Budzę się przerażona i jedyny sposób aby usnąć spokojnie, to alkohol. Na ulicy obracam się za siebie.. boje się i nie umiem nic z tym zrobić. - pokiwałeś głową.
- Jakie masz obawy? Że cie skrzywdzi?
- Tak. - pociągnęłam nosem. Zrobiło mi się przykro.
- Nie płacz. Jesteś bezpieczna. Ja i Aiden nie pozwolimy żeby cie skrzywdził. Boisz się mnie tak samo jak jego?
- Nie. Jego boje się bardziej. To coś innego. On to panika, strach, ból.. a ty.. strach że przez ten ułamek sekundy zobaczę jego w głowie. - kiwnąłeś głową.
- Gdy jestem obok, co czujesz?
- Bezpieczeństwo. Miłość. Troskę.. - wymieniałam cicho. - Opiekuńczość.
- Czujesz się ze mną bezpieczna?
- Tak.
- Boisz się mnie tylko gdy cie uderzę?
- Tak.
- A gdy jestem pijany? Zdenerwowany?
- Nie. Ufam ci. Wiem że nic mi nie zrobisz, jeśli cie nie sprowokuje, a sprowokować można tylko na jeden sposób i to nie zawsze. Boje się też jak wdajesz się w bójki, ale wtedy boje się o ciebie, nie o siebie. - pokiwałeś głową, patrząc mi w oczy. Ciągle w nie patrzyłeś.
- Czujesz się bezpieczniej u mnie w domu niż u Neala?
- Tak.
- Gdy budzisz się w nocy, jeśli mogłabyś nocować u mnie, zrezygnowałabyś z alkoholu?
- Pije bo się boję, panicznie.. - pokiwałam głową.
- Jeśli teraz, gdy wrócisz do domu, obudzisz się przestraszona, zadzwonisz do mnie?
- Dobrze. - Kiwnęłam głową.
- Mam dla ciebie prezent. - Wstałeś, odkładając mnie na łóżko. Wyjąłeś coś z torby i podszedłeś mi podając.
- Co to?
- Klucze od mojego domu. - kucnąłeś przede mną. Były przewiązane czerwoną wstążką.- Górny i dolny zamek. Po prawej stronie, za drzwiami jest alarm. Trzy, osiem, sześć, dwa.
- Dlaczego dajesz mi klucze?
- Bo jesteś moją partnerką. Bo cie kocham. Bo to mój dom. Bo chce żebyś mogła zawsze przyjść. Bo wiem że czujesz się w nim bezpiecznie.
- Jak Emma się dowie to mi urwie łeb.
- Wie że wyrobiłem dla ciebie klucze. To mój dom, jak jej nie pasuje niech idzie do pracy i wynajmie sobie mieszkanie. Ty, masz wstęp zawsze, o każdej porze. Ale jak będziesz miała zamiar przyjść w nocy, to do mnie zadzwoń, przyjdę po ciebie, nie chce żebyś chodziła sama po nocy. - Kiwnęłam głową. Ziewnęłam. - Kładźmy się spać. - uśmiechnąłeś się i potarłeś moje uda. Położyliśmy się.
Pamiętam że płakałam i krzyczałam, widziałam jego twarz i czułam jak mnie dotyka. Wyrwałam się i nagle otworzyłam oczy. Leżeliśmy w łóżku, mocno mnie przytulałeś, miziałeś palcami po ramieniu i cicho szeptałeś że wszystko jest w porządku i jestem bezpieczna. Strach nagle zniknął, gdy czułam twoją obecność. Zadarłam głowę do góry, patrzyłeś na mnie.
- Jestem Słonko. - pocałowałeś mnie w czoło. Usnęłam szybko.

     Rano obudziłam się z lekka połamana, to chyba po wczorajszych tańcach. Nie było cie w łóżku, wstałam słysząc jakieś szmery w łazience. Była otwarta więc weszłam. Aż mnie ciarki przeszły! Stałeś przed lustrem i grzebałeś sobie w oku!
- Co ty robisz?! - podbiegłam.
- Nie krzycz. - wyjąłeś.. soczewkę kontaktową. Włożyłeś do pudełeczka. Mrugałeś i mrużyłeś oczy. Dopiero wtedy zauważyłam że masz czerwone oczy. Spojrzałeś na mnie, ciągle mrużąc powieki.
- Nosisz kontakty? Nie wiedziałam.
- Mam wadę wzroku. Nie lubię okularów. Jak się biłem to.. - zamilkłeś patrząc na mnie. - Nie ważne.
- Czemu masz zaczerwienione? - wskazałam swoje oczy.
- Czasem tak mam. Przesuszają mi się spojówki od długiego noszenia soczewek. - pokiwałam głową.
- Masz dużą wadę?
- Ciebie widzę dobrze. - zaśmialiśmy się. - Większości rzeczy nie przeczytam. Nie zobaczę szczegółów i nic nie narysuje. Razi mnie światło.
- Wiesz, to mnie wkurza. - zaczęłam. - Jesteśmy ze sobą ponad pół roku, a ja nie wiem o tobie podstawowych rzeczy. Nie znamy się. Wiemy o sobie tylko to, co teraz i tu. Nie wiemy nic co było wcześniej.
- Emily. - westchnąłeś chwile milcząc. - Masz racje. - dodałeś ciszej. - Ale myślę że to wina tego, że oboje nie mieliśmy kolorowego dzieciństwa, nie przeżyliśmy nic dobrego. Więc gdy stanęliśmy na nogi, odcięliśmy grubą kreską tamto życie, od tego, próbując być kimś innym. Kimś w pewien sposób normalnym. - pokiwałam głową.
- Jakie jeszcze masz choroby?
- Alergie.
- I?
- Wada wzroku. To wszystko.
- Ja mam tylko moją astmę. - Chwile milczeliśmy. Podniosłam na ciebie wzrok. - W którym domu dziecka byleś? - spojrzałeś na mnie. Zmieszany. Wystraszony. Inny. Dziwny.
- Za miastem.
- Pokażesz mi?
- W jakim celu?
- Żeby cie poznać. Twoją przeszłość. Byleś w moim domu, w domu Aidena. Pokazałam ci szkołę do której chodziłam i liceum z którego się przeniosłam tu. - założyłeś ręce na biodra, ciągle będąc zmieszanym.
- Nie wiem czy jestem w stanie cie tam zabrać. - odezwałeś się szczerze. Westchnąłeś. - Nie wiem czy.. umiem.. nigdy tam nie wracałem. Gdy wyszedłem, nigdy tam nie wróciłem. Mam za wiele.. zbyt wiele krzywdy mnie tam spotkało. Nie wiem czy umiem tam wrócić. - zamilkliśmy.
- Czy jest coś, co byś zmienił w naszym związku?
- Siebie. Zmieniłbym siebie. Wiem że nie zawsze cie doceniam i czasem cię zaniedbuje.
- A zmieniłbyś coś we mnie?
- Tylko trzy rzeczy. - pokazałeś tyle palców. - Mniej wstydziochowania. - pokazałeś pierwszy palec. - Twój adres. - pokazałeś drugi. - I twoje nazwisko. - pokazałeś trzeci. Wyszczerzyłam się jak głupek. Złapałeś mnie w talii i ucałowałeś. - Co chcesz dziś robić?
- Nie wiem. Jestem trochę zmęczona wczorajszymi tańcami. Może spędzimy razem czas u ciebie?
- Dobrze. - kiwnąłeś głową. Zaczęliśmy się zbierać. Założyłam szorty i luźną bluzkę na ramiączka, a ty jeansy i koszulkę. Wziąłeś naszą torbę i zeszliśmy na dół, poprosiłeś o rachunek.
- Ja zapłacę połowę. - zaczęłam szukać karty w torebce. Zauważyłam twoje spojrzenie.
- Chyba żartujesz sobie. - wcisnąłeś swoją kartę pani z recepcji.
- To ci oddam.
- Przestań. - zabrałeś kartę i wyszliśmy idąc do auta. Otworzyłeś mi drzwi pasażera, wsiadłam zamykając je a ty przeszedłeś do bagażnika wrzucić torbę. Wsiadłeś i odpaliłeś. Zapiąłeś pasy i wyjąłeś okulary przeciwsłoneczne z kieszeni drzwi, założyłeś i ruszyliśmy. Włączyłam radio, przeskakując z stacji na stację.
- Od kiedy masz prawo jazdy?
- Od osiemnastego roku życia, ale jeździłem od piętnastego.
- A do której szkoły chodziłeś?
- W domu dziecka jest internat, uczyliśmy się na miejscu. - patrzyłeś na drogę, a ja zerkałam, za okno, na ciebie.
- A architektura? Uczyłeś się rysować sam w domu dziecka, ale jak założyłeś firmę?
- Po liceum poszedłem do szkoły architektonicznej. Zrobiłem licencjat zawodowy. Przeszedłem kurs BHP, prowadzenia firmy, zarządzania personelem, księgowości i finansów. Wyrobiłem pozwolenie na założenie firmy. - zerknąłeś na mnie.
- A eee.. - jęknęłam. - Masz też inne kategorie prawa jazdy, od kiedy?
- Przez pierwsze trzy lata jeździłem motorem, później samochód i jak zacząłem prace zawodową to dorabiałem potrzebne kategorie. - Zatrzymaliśmy się na światłach. Zauważyłam że wbijasz wzrok w jezdnie. Nagle ruszyłeś mimo czerwonego, skręciłeś zawracając i ruszyłeś do przodu.
- Co robisz? Zapomniałeś czegoś? - spojrzałeś na mnie przelotnie. Zrobiłeś się dziwny, inny. - Max? - wyciągnąłeś do mnie rękę z wyciągniętym palcem wskazującym. Chciałeś coś powiedzieć ale w ostatniej chwili zrezygnowałeś. Wbijałam w ciebie wzrok.
- Zrobię to. - wydusiłeś w końcu. Jechaliśmy w ciszy, dość szybko, wyjechaliśmy za miasto. Ciągle cię obserwowałam, byłeś jakiś.. inny. Nie umiałam nazwać, sklasyfikować, tego stanu. Dojechaliśmy do jakiegoś miasteczka i zatrzymałeś się przed dużą ozdobną bramą. Wlepiłeś wzrok w budynek. Twoje oczy były puste.
- Maxim. - odezwałam się cicho. - Nie zmuszam cie. Jeśli nie chcesz, nie jesteś gotowy, nie poradzisz sobie, jedźmy do domu. - patrzyłeś jeszcze chwile na budynek i spojrzałeś na mnie. Wysiadłeś, więc ja też wysiadłam. Wszedłeś za bramę, szłam za tobą. Widziałam jak się wahasz, jak przystajesz, rozglądając się po podwórku. Zrównałam z tobą kroku. Widziałam jak walczysz ze sobą, o każdy jeden krok, a każdy kolejny, był cięższy do wykonania. Weszliśmy po schodach, zatrzymałeś się przed drzwiami. Złapałam cie za dłoń i wtedy wszedłeś. Korytarz był w kolorach brązu, ze starą, rudą wykładziną w kwadraty. Na ścianach wisiały zdjęcia grup dzieci, dopiero po kilku metrach zrozumiałam że są ustawione rocznikami. Zatrzymałeś się przy jednym i pokazałeś dwoje dzieci. Chłopca i dziewczynkę, wychudzonych, zaniedbanych, jako jedyni nie byli uśmiechnięci na zdjęciu. To wy, prawda?
- To my. A to - wskazałeś blondyna - Mike i tu jest Ashley. - wskazałeś blondynkę. Mijając kolejne zdjęcia z łatwością was odnajdywałam. Nigdy nie byliście uśmiechnięci.
- Nathaniel Caffrey. - Usłyszeliśmy głos kobiety, zauważyłam już starszą osobę, posiwiałą i ze zmarszczkami. W szarej spódnicy i garsonce. Podeszła do nas. - Nie wierze własnym oczom. Nasz mały Nathan. - złapała cie za ramiona. Zauważyłam jak sztywniejesz od dotyku.
- Pani Stella. - odezwałeś się cicho.
- A to kto? - spojrzała na mnie z uśmiechem, ciepłym i miłym. - Nie wyglądasz na Emmę.
- Emily. - kiwnęłam głową.
- Oh. Wyrosłeś na pięknego mężczyznę. Tak się cieszę że cie widzę. Jak sobie radzisz? Jak Emma?
- Dobrze, dziękuje. Emily, to nasza opiekunka pani Stella Messer. A to moja partnerka, Emily. - przedstawiłeś nas, ale głos zostawał ci w gardle. Mówiłeś cicho.
- Piękna dziewczyna z ciebie. - spojrzała na mnie. - To naprawdę dobry chłopak. - dodała ciszej. - Co was tu sprowadza?
- Chciałem pokazać Emily parę rzeczy.. gdzie się wychowałem.
- Oczywiście. Czujcie się jak u siebie. - kiwnęła głową i odeszła. Poprowadziłeś schodami na piętro, i kolejne, aż doszliśmy na strych. Weszliśmy do jednego z ośmiu pokoi. Był pusty. Stały tylko meble.
- To twój pokój?
- Nasz. Byłem tu z Emmą, wynieśli jedno łóżko. - wskazałeś miejsce gdzie stało. Podszedłeś do jakichś drzwi i je otworzyłeś, przejechałeś palcami po rancie. Zauważyłam wyryty napis. "Nathan". Złapałeś mnie za rękę i szybko sprowadziłeś na dół, przeszliśmy przez jakieś pomieszczenia, mijając też dzieci, otworzyłeś jakieś drzwi i zeszliśmy do piwnicy. Zapaliłeś światło. Wiem co tu robimy. Opowiadałeś, że opiekun przywiązywał cie do rur i bił. Spojrzałam na ciebie, ślizgałeś się wzrokiem po wszystkim, zaciskałeś mocno szczękę. Jak wiele musi cie kosztować ta wycieczka?
- Chodźmy stąd. - szepnęłam. Poszliśmy na górę i ruszyliśmy do drzwi, gdy stanął przed nami jakiś starszy mężczyzna.
- Nathan. - odezwał się patrząc z surową miną, poczułam jak ścisnąłeś mocniej moją rękę. Podszedł bliżej uśmiechając się do mnie. - Witamy dziewczynę naszego podopiecznego. - wyciągnął do mnie rękę, ale nawet nie wiem kiedy złapałeś go za nadgarstek wykręcając mu rękę. Zamilkł, chwile mierzyliście się wzrokiem.
- Nie waż się jej dotykać. - syknąłeś, odepchnąłeś go i pociągnąłeś mnie do wyjścia. Szybko szliśmy do samochodu, wsiadłeś do niego, zostawiając mnie na chodniku. Wsiadłam patrząc na ciebie. Pierwszy raz widzę cie w takim stanie. Byłeś zdruzgotany, przybity, przerażony.
- Max..? - odezwałam się cicho. Odwracałeś wzrok, przez cały czas wizyty nie spojrzałeś na mnie ani razu, unikałeś moich spojrzeń. Poruszałeś się szybko, jakbyś chciał tylko przelecieć niczym duch i tym szybciej wyjść. Ale spotkanie nieznajomego pana wybiło cie z rytmu, z równowagi, zdenerwowałeś się ale i rządził tobą strach. To on, prawda? Otworzyłeś okno i zapaliłeś papierosa. Wstałam na kolana i przeszłam, siadając okrakiem na twoich nogach, kierownica wbijała mi się w kręgosłup. Odwracałeś wzrok. Byleś roztrzęsiony. Widziałam jak walczysz ze sobą, jak starasz się trzymać, złapałam twoją brodę, zmuszając do spojrzenia, widziałam w twoich oczach jak bardzo jesteś rozbity, jak bardzo cie to dotknęło, jak bardzo cierpisz.. jak przelewa się w tobie gorycz, żal, strach, ból, złość, bezsilność.. - Maxim. - złapałam w dłonie twoją twarz. - Porozmawiaj ze mną. - szepnęłam. Złapałam papierosa wyrzucając go za auto. - Spójrz na mnie. - prosiłam. Spojrzałeś, powstrzymywałeś łzy. Wsunęłam dłonie na twój kark. - Jesteś dobrą osobą. Nie zasłużyłeś. Ale przetrwałeś. - mówiłam cicho. Nie wiedziałam co mówić. Co ukoi twój ból? Zamknąłeś oczy zaprzeczając ruchem głowy. Przytuliłam cię, pamiętając o nie dotykaniu dłońmi. Wciągnąłeś katar. Płakałeś po cichu. Mi też błysnęły łzy. Objąłeś mnie w pasie, mocno. - Bardzo cie kocham. - szepnęłam. Słysząc jak płaczesz, pierwszy raz w życiu, pokazujesz swoją słabość.. zobaczyłam jak bardzo musiałeś cierpieć skoro w dorosłym życiu, po tylu latach, tak bardzo to przeżywasz. Było mi przykro. Popłakałam się razem z tobą, ale starałam się to ukryć. Po kilku minutach zsunąłeś mnie na siedzenie obok i ruszyłeś. Przetarłeś twarz jedną ręką wycierając łzy. Podwiozłeś mnie pod domu wujka, pożegnaliśmy się szybkim całusem i odjechałeś. Poszłam pod prysznic i ogarnęłam się z lekka. Wujek i Madd spali, odsypiali noc. Wieczorem zadzwonił mój telefon. Odebrałam.
- Halo. - usiadłam na łóżku.
- Emily - usłyszałam Ashley. - Max cie potrzebuje, przyjdziesz?
- Już idę. - wybiegłam z domu i wpadłam bez pukania do ciebie. Emma stała z Ashley przy schodach, a Mike siedział na stoliku przed tobą i coś cicho mówił. Siedziałeś na kanapie z butelką wódki. Podeszłam, siadając obok i łapiąc cie za dłoń. Spojrzałeś na mnie, zmieszany, zdziwiony, zaskoczony moją obecnością. Zabrałam wódkę z twoich rąk, pociągnęłam duży łyk i oddałam butelkę Mikeowi. Usiadłam na twoich kolanach przytulając. Objąłeś mnie, chowając buzie w moje ramie. Przekręciłeś się, kładąc na boku i ciągnąc mnie za sobą. Mocno mnie przytuliłeś, leżeliśmy na kanapie, z głowami na poduszce.
- Potrzebuje cie. - szepnąłeś do mojego ucha.
- Jestem obok. - wtuliłam się, zabierając dłonie. Nie wiem ile czasu tak leżeliśmy, ale usnąłeś, Mike nas przykrył i spaliśmy tak do rana. Mike i Ash zostali do rana, a Emma o dziwo nic do mnie nie pyskowała.
***
Witam!
Wybaczcie ten poślizg "Piątek wieczorem".. piątek noc tez jest spoko nie? :D
Wciągnęły mnie obowiązki rodzinno-domowo-świąteczne.

Dziękuję za komentarze, za wejścia (wyświetleń jest zatrzęsienie! <3 )
Dziękuje Mari za upominanie się o kolejne rozdziały!

Skończyłam poprawę ostatnio napisanych trzech rozdziałów, ale muszę je jeszcze na nowo podzielić żeby wiedzieć ile mam konkretnie rozdziałów na czysto :)
EDIT. Piszę się rozdział 54!

To ostatni rozdział przed Świętami, więc - skaczących zajączków, kolorowych pisanek, dużo uśmiechu, mile spędzonych chwil z rodziną i duużo zdrowia Kochani!

To tyle na dziś.
Do kolejnego rozdziału, za tydzień - mam nadzieję że ukaże się wieczorem a nie w nocy :)

6 komentarzy:

  1. ekstra !! juz nie moge sie doczekac nastepnego wpisu i życze duzo weny do nastepnych pomysłów

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zawsze zarąbisty rozdział

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeju, ja aż się przy końcu popłakałam razem z nimi. Świetny rozdział, dużo się w nim dzieje, tyle emocji. Jak zawsze nie mogę doczekać się kolejnego :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham ten rozdział. W tym świątecznym biegu przeczytanie tej części to prawdziwa ulga. Naprawdę dzisiejszy tekst to mistrzostwo!!!
    Kocham ��
    Do napisania ��

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozdział mega!
    Cieszę się ze szczęścia Madd i Neala:) Może wkrótce będą mieli już własne dzieci?;)
    Kocham te rozmowy Maxa i Em! To jak on ją zawstydza... po prostu piękne!
    Biedny Maxim. Jest mi go mega żal... Aż mam ochotę go przytulić i pocieszyć...
    Dlaczego bez spoilera?:(
    Nie mogę się doczekać następnego!
    Pozdrawiam i dużo weny
    Mari:)))

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy