03.07.2017

54. Będzie ciężko.

     Weekend spędziliśmy osobno. Ja miała sporo nauki, praktycznie całą sobotę spędziłam nad książkami, z małymi przerwami na jedzenie. Niedziele spędziłam też nad książkami, ale też trochę czasu spędziłam z wujkiem i Madd. Poniedziałek był beznadziejny. Caroline ciągle marudziła o Tylerze. Mi chciało się spać, a Emma tylko powtarzała że jej się nudzi. Przyjechałeś po nas, ale też byłeś jakiś ponury. To ta jesień, beznadziejna pogoda. Ciągle tylko pada deszcz. We wtorek, gdy odebrałeś nas po szkole, siedziałeś w aucie. Wsiadłam jak zawsze na przód, a Emma na tył.
- Cześć dziewczynki. - odezwałeś się spokojnie i skradłeś mi całusa gdy zapinałam pasy. Ruszyłeś. Zerknęłam na ciebie. Patrzyłeś na drogę. Coś mi nie pasuje. Znów zerknęłam. Wysunęłam się do przodu.
- Maxim.
- Co? - patrzyłeś w drugą stronę, bo byliśmy na wyjeździe z uliczki, a był całkiem spory ruch. Złapałam cie za brodę ciągnąc w swoją stronę. - Emily! - podniosłeś ton, ale nie krzyknąłeś.
- Co to jest? - zapytałam stanowczo.
- Nie możesz tak robić jak prowadzę. Mogę spowodować wypadek. - Zwróciłeś mi uwagę, poważnym tonem.
- Co to jest? - zapytałam znów. Miałeś przeciętą wargę. Emma wyjrzała z tyłu.
- Co ci się stało?
- Nic. Nic mi nie jest. - odpowiedziałeś w końcu, byłeś skupiony na drodze.
- Kto ci to zrobił? - pytałam. - Max! Kto ci to zrobił?
- Nie krzycz na mnie. - wystawiłeś do mnie palec. - Poszarpałem się dziś z Ryanem.
- Dlaczego?
- Bo jest kretynem. - odpowiedziałeś obojętnie. - No kto ci dał prawo jazdy dziecko. - westchnąłeś patrząc na samochód przed nami. Obejrzałeś się na bok, zerknąłeś w lusterko wsteczne i cofnąłeś, skręcając w inną uliczkę. Ominęliśmy korek.

      Ostatnio dni mijały szybciej. Wcześniej robiło się ciemno, było zimno, ciągle chciało mi się spać, ty siedziałeś w pracy, ja ciągle nad lekcjami. W piątek siedząc nad lekcjami właśnie, wpadłam na pomysł. Zeszłam na dół, Madd siedziała w salonie, a wujka jeszcze nie było.
- Madd, nie wiesz czy Paul dziś pracuje?
- Nie wiem. - spojrzała na mnie. - A coś się stało?
- Nie. - wróciłam się na górę, wzięłam telefon. Czy mam numer do Mikea? Bo kto będzie lepiej wiedzieć jak nie on? Nie mam. Napisze do ciebie. Albo po prostu do Paula?
Hej, pracujesz dziś?
Czy Paul w ogóle odpisuje na smsy?
Do dziewiątej wieczór. Co ode mnie chcesz?
No to szkoda.
Chciałam porozmawiać. Mogę wpaść jutro?
Odpisał dość szybko.
Jutro mam dyżur na SORze. Jak chcesz możesz wpaść dziś do kliniki.
Do kliniki? No w sumie.. czemu nie?
Ok. Będę za godzinkę.
Zaczęłam się zbierać, zeszłam na dół, powiedziałam Madd że wychodzę i poszłam na autobus. Było zimno i znów jakieś przelotne opady. Wciągnęłam kaptur na głowę. Zerknęłam na zegarek. Dziewiętnasta. Autobus za dziesięć minut. Usiadłam na ławce pod wiatą ściągając kaptur. Wlepiłam wzrok w telefon, tak z nudów. Podjechał samochód, podniosłam wzrok, otworzyłeś okno pasażera.
- Zamawiała Pani taksóweczkę? - uśmiechnąłeś się. Odwzajemniłam uśmiech i podeszłam do drzwi naciągając kaptur.
- Możliwe. Gdzie jedziesz?
- Po moją marudę, a ty?
- Do kliniki Paula.
- No to wsiadaj, podwiozę cie. - wsiadłam, od razu ruszyłeś. - A coś się stało?
- Nie. Dlaczego każdy myśli że jak jadę do Paula to coś się stało?
- Nie mam pojęcia dlaczego. Bo to lekarz. Chyba dlatego. - wzruszyłeś ramionami. - Spadło trochę deszczu i już jeżdżą jak niedorajdy. - westchnąłeś.
- Jedziesz po Emme?
- Tak. Do Caroline. - zerknąłeś na mnie. - Dlaczego nie zapięłaś pasów? - szybko je zapięłam. - No. I tak ma być. - zaśmiałam się.
- Jak w Wisterii?
- Dobrze. Mamy ostatnio jakiś mega natłok pracy. Nawet jak na sezon. A w szkole?
- No właśnie też dziwnie, bo zasypują nas kartkówkami, sprawdzianami, pytaniami, pracami domowymi, wypracowaniami.. zaczynam mieć dość.
- A moja siostra całe wieczory siedzi przed telewizorem. - pokręciłeś głową.
- Nie pytają jej, a prac nie pisze bo ręka.
- Nie usprawiedliwiaj jej. Jakby przeczytała temat to nic by się nie stało. No poza tym że by coś umiała. - zaśmiałam się. Zatrzymałeś się pod wejściem do kliniki.
- Jesteś dobrym bratem. - uśmiechnęłam się. - Dziękuje za taksóweczkę. - pocałowałam cie i spojrzałam ci w oczy. Uśmiechnąłeś się i musnąłeś moje usta. Wsunąłeś rękę na moją szyje. Znów pocałowałeś. Wskoczyłam na twoje kolana, ręce wsuwając na twój kark. Musnąłeś mój obojczyk, odsuwając moją kurtkę i bluzkę. Wsunąłeś dłonie na moje biodra. Pociągnęłam cie do góry za szczękę i pocałowałam usta. Ktoś zapukał w szybę. Zaśmialiśmy się. Otworzyłeś okno.
- Panie kierowco, to podjazd dla karetek. Niech pan się przeparkuje. - schylił się do nas starszy pan o miłym głosie.
- Tak, przepraszam bardzo. - uśmiechnąłeś się. - Już się stąd kołuje. - wróciłam na swoje miejsce. Odjechałeś kawałek dalej. Miałam napad śmiechu, a ty patrzyłeś uśmiechnięty na mnie, oparty ręką o drzwi. Już mnie rozbolał brzuch ze śmiechu. - Już? - zapytałeś rozbawiony mną, gdy próbowałam się ogarnąć.
- Taak.. - westchnęłam. - dobra. To ja idę a ty się kołuj. - znów zachichotałam.
- Wariatka. - pokręciłeś głową rozbawiony. - Czy zamawiasz taksóweczkę powrotną?
- Nie wiem. A co, przyjechałbyś?
- Po ciebie zawsze, nawet na koniec świata. - uśmiechnęłam się szeroko.
- A podobno nie jesteś romantykiem.
- Bo nie jestem. - pokręciłeś głową.
- Dalej tak twierdz ty uparty.. - spojrzałeś na mnie unosząc brwi, zamilkłam.
- No kto? No kto? - zapytałeś rozbawionym głosem.
- Nie wiem czemu, ale wcale nie chciałam powiedzieć ośle, tylko bakłażanie.. - podrapałam się po głowie a tym razem to ty parsknąłeś śmiechem. - Uparty bakłażan..
- Czyli jednak potrzebny ci ten lekarz.. - uśmiechnąłeś się.
- Nie prawda. Dobra idę. - pocałowałam cie szybko.
- Dobrze. Napisz mi czy mam cie odebrać.
- Ej, są autobusy wiesz?
- Ej piździ zimnem i leje deszcz, wiesz? Jak wolisz zmoknąć i zmarznąć to możesz iść nawet na piechotę. - walnęłam cie w ramie i zaczęliśmy się śmiać.
- Idę.
- Dobrze.
- Wysiadam. - otworzyłam drzwi.
- Dobrze. - uśmiechałeś się do mnie, gdy miałam wysiąść, cofnąłeś. - Poczekaj puszczę panią. - jakiś samochód przejechał przed nami. - Dobra. Zmykaj. Ja jadę po Emmę. Zadzwoń albo napisz czy mam przyjechać po ciebie. Nie chce żebyś zmarzła, zmokła ani sama wracała.
- Dobrze. Pa. - pocałowałam cie i wysiadłam idąc do kliniki. Podeszłam do rejestracji. - Przepraszam, gdzie znajdę doktora Benetta? - zapytałam pielęgniarki która tam stała.
- Proszę iść tamtym korytarzem, po prawej stronie będzie gabinet. - wskazała korytarz. Kiwnęłam głową i ruszyłam. Jeden z gabinetów był z plakietką
Dyrekcja.
Ordynator.
Lek. Med. III st. Paul Banett
Aż mnie ciarki przeszły! Zapukałam.
- Proszę! - zawołał. Weszłam. - Gwiazdeczka. Chodź, siadaj. - zamknęłam drzwi, uśmiechnął się do mnie. Siedział przy biurku, przeglądał jakieś dokumenty. Usiadłam.
- Pracujesz?
- Tak.
- Przeszkadzam ci?
- Nie. - patrzył na mnie. - Co się stało? - westchnęłam.
- Jesteś lekarzem. - kiwnął głową. - Dyrektorem? - znów kiwnął.- Ordynatorem?
- Praktycznie to to samo, tylko ordynator to medyczny przypis. - kiwnął głową.
- Właścicielem kliniki?
- Tak. - zaczął na mnie patrzyć.
- Głównym opiekunem stażystów?
- Yhym. - kiwnął.
- I jesteś też profesorem na uczelni? - uśmiechnął się.
- Profesor. Jak to dziwnie brzmi. - zaśmiał się i pokręcił głową. - Nie jestem. Wykładam raz w tygodniu jako lekarz medycyny trzeciego stopnia, czyli najwyższego jaki można mieć.
- Paul - ktoś wszedł. - O przepraszam. - obejrzałam się. Mike. - A to ty. - jednak wszedł do nas. - Skończyłem. Czy bardzo koniecznie muszę dziś pisać raporty?
- Bardzo koniecznie nie. - patrzył na niego spokojnie. - Uzupełniłeś wszystkie karty? - stał i się chwile zastanawiał.
- Z dziś tak. Mogę napisać te raporty jutro?
- Tak.
- To mogę już iść do domu? - Paul zerknął na zegarek. - Odpiszę że wyszedłem wcześniej i odrobię to jutro.
- Nic nie odpisuj. Jedź do domu, jesteś dziś zmęczony. Odpocznij.
- Ok. Dziękuje. To ja idę. Do jutra.
- Do jutra.
- Pa Mike. - też się odezwałam.
- Pa Emily. - wyszedł.
- Mam problem. - zaczęłam. - Ze świętami. - kiwnął głową. - Bo wyjeżdżamy do dziadków, a ja w sumie chciałabym spędzić święta ze wszystkimi. Z dziadkami, z wujkiem, Madd, z Aidenem, z Maximem, Emmą, z tobą, w sumie z Mikem i Ashley też.. i nie wiem jak to pogodzić. Chciałabym też pomóc Maximowi, bo jego rodzony brat, bo się okazało że ma jeszcze brata.. też chce spędzić z nimi święta, a Emma nie chce, a jego rodzice chcą ich poznać i tak beznadziejnie. - patrzył na mnie, z.. niezaskoczoną miną. Już to wie?
- I oczekujesz że.. co zrobię? - zapytał spokojnie.
- Nie wiem. - wzruszyłam ramionami. - Może porozmawiasz z wujkiem? - uśmiechnął się. Jakoś dziwnie. Ukrywa coś przede mną? Coś wie? Już rozmawiał? - Czemu tak się uśmiechasz ciągle?
- Bo lubię, jestem bardzo radosnym człowiekiem. - uśmiechnął się jeszcze bardziej. - Myślę, że nie powinnaś się już o to martwić.
- Już?
- Myślę że to nie tajemnica, że posiedzenie w tej sprawie już się odbyło. - otworzyłam szerzej oczy.
- Żee.. ee.. co to znaczy?
- To znaczy, że to o co teraz mnie prosisz, zrobiłem tydzień temu.
- Aha. I? Co wiesz?
- I nie masz się czym martwić.
- Nie możesz mi powiedzieć więcej?
- Poczekaj aż porozmawia z tobą wujek. Nie znam szczegółów, jeszcze. Ale wiem że zgodził się ze mną i mnie posłucha.
- To akurat żadna nowość, bo zawsze cie słucha. - mruknęłam. - A co mu doradziłeś? - zapytałam ciekawa.
- To co powinienem. - uśmiechnął się.
- Coś więcej? - westchnął. Chwile się zastanawiał.
- Chcesz żebym był przy tej rozmowie? - spojrzał na mnie. Zmarszczyłam brwi.
- Dlaczego?
- Bo będzie ciężka.
- Dlaczego?
- Emily. - odezwał się szybko. Oparł się o oparcie i złożył ręce ze sobą, palcami. Chwile myślał. - Straciłaś mamę. - odezwał się spokojnie, łagodnym tonem. Aż oddech ugrzązł mi w gardle. Spuściłam wzrok. Zrobiło mi się przykro, smutno, wróciły wspomnienia. - Emily. Posłuchaj mnie. - podniosłam na niego wzrok, patrzył na mnie. - Neal pytał mnie o zdanie w sprawie świąt, bo nie wiedzieli co zrobić z Maddeleine. Bo nie chcą zmuszać cie do wyborów, rodzina lub przyjaciele albo stawiać przed faktem dokonanym, że jedziesz tu i koniec. Tym bardziej że to pierwsze święta po tym co się stało, po stracie mamy, pierwsze święta z wujkiem, z chłopakiem, z innymi osobami. - mówił cicho, spokojnie. Zerkałam na niego i na podłogę, powstrzymując się od łez. - Wiem że zawsze dbałaś o przyjaźnie i ludzi na których z jakiegoś powodu ci zależało. Doradziłem Nealowi, aby wziął pod uwagę twoje zdanie, bez względu na to, czy to twoje widzimisię, czy masz taką potrzebę, czy po prostu chcesz, czy potrzebujesz tych osób w tym danym momencie bo są ci bliskie, czy dlatego że po części wypełnimy pustkę po mamie. - spojrzałam na niego, czułam jak płyną mi łzy. Wstał. Podszedł do mnie podając mi chusteczki i potarł moje ramie. - Wszystko się ułoży i będzie dobrze. - zapewnił. Wytarłam policzki. Wstałam i natychmiast się do niego przytuliłam. Mocno. Objął mnie ramionami. - Nie znam szczegółów, ale zgodził się ze mną. Emily. - oderwał mnie od siebie. - Wszyscy wiemy że będzie ci ciężko. Nawet jeśli będziesz wmawiać sobie i innym że jesteś silna. Oczywiście, jesteś. Ale pamiętaj że łzy czy smutek to nic złego. Nie musisz też przed rodziną, przed najbliższymi, przed najlepszymi przyjaciółmi, udawać, czy udowadniać, że wszystko jest w porządku, że nic cie nie rusza, że jesteś silna i dajesz radę. Nic nie musisz. Pamiętaj że jesteś jeszcze bardzo młoda, a takie rzeczy łamią starszych, o wiele silniejszych. - patrzył mi w oczy. - Pozwalaj sobie na chwile słabości. - Kiwnęłam głową. Bo ma racje. Chyba. Tak mi się wydaje. Nie wiem co mam myśleć. Chce do domu.
- Mogę już wracać do domu? - zapytałam cicho.
- Tak. Odwiozę cie. Chodź. - wrócił do biurka. Wziął teczki pacjentów, telefon, klucze. Objął mnie ramieniem i wyszliśmy. Zamknął gabinet, poszliśmy do pokoju lekarzy który otworzył kartą magnetyczną. Były tam kanapy, regały, stół z krzesłami. Całkiem przytulnie. Trochę jak kuchnia połączona z salonem. - Usiądź, poczekaj chwile. - usiadłam na kanapie. Paul wszedł do innego pomieszczenia a po chwili wyszedł przebrany. - Poczekaj tu, zaraz wrócę. - wziął teczki i wyszedł, wrócił po kilku minutach. Wziął męską torbę na ramie i ruszyliśmy do wyjścia.

      W sobotę od wczesnego rana Maddeleine wymiotowała. Mdliło mnie od samego słuchania i patrzenia. Później dostała gorączki i czuła się naprawdę źle. Wujek się nią opiekował, ja raczej siedziałam w pokoju, bo takie widoki przyprawiają mnie o wymioty. Wieczorem postanowiłam wyjść, Aiden odsypiał nocną zmianę, więc poszłam do ciebie. Drzwi były otwarte, w zasadzie przeważnie były otwarte gdy byłeś w domu. Jak Emma jest sama to raczej je zamyka. Zdjęłam buty i kurtkę. Ruszyłam wolno w stronę salonu, ale nikogo tam nie było.
- W takich momentach, wyrozumiałość to podstawa. - usłyszałam cie w kuchni.
- Wyrozumiałość. - zaśmiał się Ryan. - Wy nic nie wiecie o wyrozumiałości. Macie dziewczyny potulne jak baranki. - fuknął, usłyszałam śmiech. Ciebie i chyba Mikea.
- Ashley potulna jak baranek. - śmiał się Mike. - Ashley jest na co dzień jak wulkan energii i nie przebiera w słowach. Przed miesiączką, tak dwa, trzy dni, praktycznie ciągle chodzi na wkurwie.
- A Emily? - zapytał Ryan.
- A Emily to nie twoja sprawa. - Odezwałeś się poważnie. Oparłam się o ścianę. Wiem że podsłuchiwanie nie jest w porządku, ale chyba też chce poczekać aż zmienią temat, żeby nie palić przy nich buraka na twarzy.
- To miło. - westchnął Ryan. - I jak sobie radzicie?
- O dziwo, jak zacząłem słuchać Maxima to nie mam już problemów. - odezwał się Mike.
- To znaczy? To chyba możesz mi powiedzieć? - dopytał Ryan.
- Kupuje pakiety. W zależności co lubią jeść, puls proszki przeciwbólowe i koc. Poza tym, wyrozumiałość to podstawa. - tłumaczyłeś.
- U mnie takie rzeczy nie działały jak byłem z Laure. - Usłyszałam Davea. - O dziwo, najlepiej pomagał jej seks, jak tylko zaczynała się drzeć, do łóżka i też twierdziła że wtedy mniej ją boli brzuch.
- To prawda, Ashley też pomaga. Seks rozluźnia mięśnie miednicy i wyładowuje napięcie hormonalne, czyli słynny wkurw. - zaczął Mike.
- To zależy od kobiety, na takie rzeczy trzeba patrzeć indywidualnie. Każda jest inna. Znam przypadki gdzie to faktycznie pomaga, ale znam takie gdzie pogarsza. - Odezwałeś się.
- A ty i Emily? - zapytał ciekawy Dave.
- A Emily nie powinna cie interesować. - znów odezwałeś się poważnie.
- O czym my w ogóle rozmawiamy. - jęknął Ryan. - Nie wiem jak wy, ale jakby Sophie wyleciała krew podczas stosunku, to chyba bym się porzygał.
- Przesadzasz, nie jest tak źle. - mówił Mike.
- Dokładnie, to tylko krew. A jak się skaleczy to co, mdlejesz? - zaśmiałeś się.
- Nie wiem, może spróbuje tej czekolady, ale coś czuje że usłyszę coś w stylu że chce ją utuczyć. Tak samo było ze stanikiem, przed miesiączką bolały ją piersi, to mowie, weź zdejmij stanik, a ona do mnie z wyrzutem że co ja mam do jej małych piersi? - mówił Ryan.
- Ciekawie. To się nazywa logika. - wtrącił Dave.
- Takie coś najlepiej zignorować. - odezwałeś się. - W ogóle większość takich zachowań ignorować. Jak zaczniesz z nią dyskusje to po chwili będziecie się na siebie drzeć i tylko się pokłócicie. To bez sensu. Dobrym sposobem jest też odsuniecie kobiety od czynnika drażniącego.
- To fakt. - zaśmiał się Mike. - Chociaż Ashley ciężko odsunąć, prościej ją po prostu zostawić.
- Swoją drogą, skoro już jesteśmy przy takich tematach, to ostatnio dostałem od laski w ryj, bo doszedłem pierwszy podczas łóżkowych zabaw. - zaczął Dave.
- Bo to akurat świństwo. - wyskoczyłeś do niego. - No a przynajmniej w stałym związku, niewybaczalne świństwo. Seks jest dla przyjemności obojga a nie tylko dla faceta.
- W ogóle, ostatnio siostra Sophie zadzwoniła czy możemy zając się jej dzieckiem, bo coś tam musi załatwić i nie może go zabrać ze sobą. Wzięliśmy dzieciaka do siebie na jeden dzień, po czym Sophie stwierdziła że ona już chce dzieci. Oczywiście był bulwers bo ja jeszcze nie chce być tatą. - zmienił temat Ryan.
- Dzieci to duży obowiązek. - odezwałeś się.
- Zgadza się. My z Ashley też chcemy mieć dzieci, ale na razie to nie realne. Ona pracuje. Ja pracuje i chodzę na staż i uczelnie. Praktycznie nie ma mnie w domu. Wiec nawet, jakbyśmy sobie poradzili finansowo, to czułbym się chujowo że zostawiam ją samą z dzieckiem. Bo nawet jak jestem w domu, to też praktycznie ciągle śpię. - mówił Mike.
- No dobrze, ale też oboje to rozumiecie. Sophie chyba nie rozumie że ja jeszcze nie jestem na tym etapie w związku. Nie czuje się gotowy, poza tym nie wiem jak byśmy się utrzymali. - marudził Ryan.
- Ja tam nie mam takich problemów. Przelecę kilka lasek, wystawie za drzwi i się nie pieprzę z okresami, ciążami, fochami, humorkami. - westchnął Dave.
- Dlatego nie wiesz co to miłość. - przysrałeś mu. - Nie masz pojęcia o uczuciach, o więzi, nawet o bliskości. Nie wiesz jak to jest gdy jest ktoś, kto się o ciebie troszczy. I uwierz mi, że seks z taką osobą, to zupełnie inna półka.
- Podpisuję się pod tym. - wtrącił Mike.
- Ja też. A ty Max, kiedy dzieci? - przyznał i zapytał Ryan.
- Kiedyś na pewno.
- No ale ty chcesz mieć dzieci przecież?
- Tak. Bardzo. Ale jestem też odpowiedzialnym partnerem. Emily jest ode mnie młodsza. Ma przede wszystkim skończyć szkołę i dorosnąć do tej decyzji i etapu. Dziecko to duże obciążenie psychiczne dla tak młodej osoby. Jest młoda, mamy jeszcze sporo czasu. - mówiłeś spokojnie.
- A mówiłem wam - zaczął po chwili Dave. - Ostatnio też wyrwałem dziewczynę, w klubie, idziemy do mnie, już się rozbieramy a ona mi mówi że jest dziewicą.
- Jesteś nienormalny i obrzydliwy, nawet nie kończ. - mruknął Mike.
- Dlaczego?
- Bo wszyscy wiemy jak traktujesz kobiety a dziewice w szczególności.
- No przepraszam, to nie moja wina że mają błonę i je boli. Ja nie mam czasu się pieprzyć, delikatnie i wolno, uważać, czekać..
- Bo jesteś chujem. - stwierdziłeś. - To też nie ich wina że tak zostały stworzone. Dlaczego mają dodatkowo cierpieć, bo ty chcesz tylko ją przelecieć?
- Przesadzasz Max. Emily była dziewicą?
- Nie twoja sprawa. - odezwałeś się pewnie. - Ale takim traktowaniem zrażasz je do stosunków.
- A Ashley? - zignorował cie.
- Kiedyś na pewno była jak każda inna. - zaśmiał się Mike.
- Nic nie poradzę że nie lubię dziewic. Trzeba się z nimi jak z jajkiem obchodzić. Poza tym są do bani, nic w tym temacie nie potrafią. - marudził Dave. - A ty co święty się zrobiłeś? Nie możesz nam nic o Emily powiedzieć?
- To nie wasze sprawy. Zawsze broniłem prywatności i nadal będę to robił. Nie wszystkie informacje są przeznaczone do wiadomości publicznej.
- No ale chyba kumplom byś mógł powiedzieć? - warknął Dave.
- Nie. Nie mam takiego obowiązku, a ciebie to nie powinno interesować. Nasz związek jest oparty na zaufaniu i wyrozumiałości. Nie mam zamiaru tego psuć bo ty chcesz wiedzieć czy Emily była dziewicą. Poza tym, jest osobą bardzo nieśmiałą i wrażliwą, czułaby się bardzo niekomfortowo gdyby każdy wiedział wszystko.
- I masz racje tak postępując. Dobra, ja muszę jechać. - Odezwał się Mike. Wróciłam się szybko do drzwi i ruszyłam w stronę kuchni. Mike akurat wyszedł. - Cześć Emily.
- Hej. - uśmiechnęłam się. Wyszedł też Ryan i Dave, i ty za nimi.
- Cześć. - odezwał się Ryan, kiwnęłam głową. Dave mi machnął.
- Misiu. Dzień dobry. - uśmiechnąłeś się i mnie pocałowałeś.
- Emily, co Max robi jak masz okres? - zapytał Ryan siadając na kanapie w salonie. Dave usiadł na fotelu. Mike się ubierał, a my staliśmy pomiędzy.
- To znaczy? - zapytałam.
- No co ci najbardziej pomaga? - zastanowiłam się.
- Chyba to że jest wyrozumiały, opiekuńczy i.. troskliwy.
- Nie mam ani jednej z tych cech. - westchnął.
- To się ich naucz. - podszedł Mike. - Dobra, idę. Pa. - pożegnał się i wyszedł. Poszliśmy do salonu i usiedliśmy na kanapie.
- Emily czy Max cie rozdziewiczył? - zapytał Dave. Spojrzałam na niego zmieszana i zawstydzona.
- Nie odpowiadaj, to kretyn. - zacząłeś. - To nie twoja sprawa Dave.
- A to tak bardzo boli? - pytał dalej.
- Nie bądź kretynem Dave. - znów się wtrąciłeś. - To nie twoja sprawa. Ale przestaniesz, abo zaraz cie wyrzucę. - popatrzyliście na siebie.
- Ból to chyba indywidualna sprawa, to też zależy jaki kto ma próg bólu. - zaczął Ryan.
- Słuszna uwaga. - wskazałeś go. - Zmieńmy temat.
- Dlaczego? Ten jest dobry. - oburzył się Dave.
- Bo kobieta z nami siedzi, nie musi słuchać twoich głupich wywodów. - popatrzyliście na siebie chwile. - Co tam? - zapytałeś mnie.
- Przyszłam, bo Maddeleine od rana wymiotuje. Już nie mogę tego słuchać bo mnie cofa. - skrzywiłam się.
- To nie fajnie. - zmartwiłeś się. - Emma jest na górze, jak chcesz z nią pogadać.
- Przyszłam do ciebie. - przytuliłam się do twojej klatki, pachniesz drzewem sandałowym.
***
Hejo heej!
Dodaję z lekkim poślizgiem rozdział.
Czy u Was też takie nawałnice, burze, huragany, tajfuny i latajace drzewa?

Właśnie piszę rozdział 65!

Dziękuję za komentarze! Choć ostatnio ich jakoś mniej, ale zaczęły się wakacje więc pewnie część z Was wyjechała :)

To chyba tyle na dziś.
Do piątku!

6 komentarzy:

  1. A ja nadal czekam aż wszyscy będą myśleć, że Emily jest w ciąży xDD
    Rozdział świetny, szczególnie końcówka ;-)

    A skoro są wakacje i piszesz już 65 rozdział to może jakiś maratonik? :-) Albo chociaż dwa rozdziały dodane jednego dnia? PROSZĘ!

    ~zapomniałam jak się wcześniej podpisałam xDD

    OdpowiedzUsuń
  2. świetny rozdział, aż chcę się od razu kolejnych :) może uda ci się wcześniej coś dla nas wstawić :P
    pozdrawiam i dużo weny życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam z powrotem.
    Mrina przybyła po… nie mam pojęcia jakim czasie. Tak czy siak, znów będzie długo.
    Przeczytałam sobie całe opowiadanie, od początku. Ogarnęłam znów co mnie wkurza, a co nie. Oraz określiłam jakie miałaś problemy z pisaniem (które w miarę czytania nadal się poprawia). Popatrzyłam również na twoje wcześniejsze opowiadanie i nie wypowiem się na jego temat, bo… cóż. Powiem wprost – nie umiałam go przeczytać. Przecierpiałam pierwszy rozdział i powiedziałam dość. Jednak miałam mówić o teraźniejszym opowiadaniu.
    Więc zacznijmy jak zawsze. Fabuła. Jest okej. Czasami za bardzo rozwlekasz się nad problemami bohaterów. Koloryzujesz je by nie było nudno, lecz przez to rozmowy wydają się bardziej sztuczne. Mafia i Peter to dobry wątek. Podoba mi się, a to, że Maxim ma często jakieś problemy, lecz nie jest to specjalnie rażące (choć może to niektóre osoby wkurzać, ale nie radzę się tym przejmować). Nic więcej nie mogę napisać, ponieważ główny wątek jest ciekawie prowadzony.
    Styl pisania zostawię sobie na koniec, dlatego teraz – bohaterowie.
    Maxim – nie wiem za bardzo co mam o nim napisać. Wiem, że naprawdę kocha Emily (wręcz obsesyjnie), lecz są rzeczy, które mnie w nim drażnią.
    Emily – (i tu się rozpiszę) gdy za pierwszym razem czytałam to opowiadanie to ją polubiłam. Za drugim razem zaczęła mnie denerwować. Emily jest odważna, ale słaba. Rozumiem, że miała problemy w dzieciństwie przez co się boi i to zapija, lecz uwaga – główne postacie powinny wraz z dalszymi rozdziałami dojrzewać. Nie chodzi o koniec strachu, ale o umiejętność radzenia sobie z nim i polegania na innych. Osobiście (zaznaczam - to tylko moje odczucie) lubię silnych bohaterów. Prawdziwie silnych. Takich, którzy podniosą się gdy upadną. I dlatego Emily mnie denerwuje. Poza tym jest jeszcze kilka innych czynników przez, które coraz mniej ją lubię, ale nie będę aż tak się rozwodzić.
    Bohaterowie jak ludzie powinni się zmieniać wraz z dojrzewaniem. Jednak nad tym trzeba długo pracować, więc nie martw się. Wystarczy, że będziesz pisała.
    I styl pisania. Gdy są załóżmy takie trzy zdania:
    Weszłam do pokoju. Siedziałeś na kanapie z nogami na stoliku. Usiadłam obok ciebie i dopiero wtedy mnie zobaczyłeś.
    Ty je łączysz dając przecinki dodatkowo je skracając.
    Weszłam, siedziałeś na kanapie, usiadłam obok ciebie, a po chwili mnie zobaczyłeś.
    Tak to wygląda. Osobiście bym to rozpisała:
    Weszłam do salonu, a ty siedziałeś na kanapie pisząc coś na laptopie (załóżmy). Usiadłam obok ciebie, a ty zobaczyłeś mnie dopiero po chwili, ty pracoholiku. Bla bla
    Cóż, musisz sama zwrócić na to uwagę. Nie mam niestety dla ciebie żadnej rady, która by ci w tym pomogła, niestety.
    Ponadto jest jeszcze jedna rzecz, już ostatnia.
    Chodzi mi o dialogi. Szczególnie tą rzecz zauważyłam na początku, później zdarzała się dalej. Otóż, monologi. Gdy są poważne rozmowy, owszem, monologi się zdarzają. Załóżmy jednak, że brat twojej przyjaciółki, po imprezie, na której miałaś atak astmy, i jeszcze wydaje ci się, że cię nie lubi, mówi ci: JESTEŚ ZRANIONA.
    Tu miałam taką reakcję: AHA.
    Ludzi nie lubią gdy inni próbują odczytać ich serca (wiem z doświadczenia). Takie monologi w środku dialogu mnie denerwują. Zaznaczam – MNIE. Nie musisz tego poprawiać to tylko spostrzeżenie.

    Mam nadzieję, że wszystko napisałam zrozumiale, a jak nie, to napisz czego nie rozumiesz. Jak masz jakieś pytania to również napisz.

    PS Masz może jakąś osobę, która mniej więcej wie jak się pisze i czyta twoje rozdziały przed opublikowaniem czy dajesz je na świeżo?

    Mrina

    OdpowiedzUsuń
  4. Wstawisz dzisiaj?

    OdpowiedzUsuń
  5. Super rozdział Kochana ;*
    Kurcze, że mnie tu tak długo nie bylo. Tyle się działo ;)
    Oh kurde ta końcówka taka romantyczna drzewo sandałowe hmm sama bym się dowiedziała najchętniej jak ono pachnie ;)
    Troszkę dziwna była ta rozmowa o okresie haha :D ;P

    Marika

    OdpowiedzUsuń
  6. Cześć! 😁 I znów świetny rozdział hehe
    Wiesz czego mi tutaj brakowało? Tego luzu jaki był na przykład w tym rozdziale, często jest groźnie, bohaterowie mają różne problemy, ale rzadko jest właśnie tak zabawnie czy dziwnie (ta rozmowa o okresie).
    PS. Może lepiej mnie nie słuchaj, jest już późno i majaczę...xD
    Pozdrawiam i życzę dużo weny!

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy