05.08.2017

59. Trochę szczerości o nas.

      Obudziłam się rano, tak bardzo rano bo po siódmej. Obejmowałeś mnie ramieniem. Znów spałam policzkiem na twojej klatce i znów miałam na niej otwartą dłoń. Uniosłam się lekko, zerkając na ciebie. Śpisz. Czy to naprawdę się dzieje? Czy po prostu tak mocno śpisz? Jeszcze wczoraj twierdziłeś że masz bardzo czuły sen. Zmarszczyłam brwi, ale nie mam siły o tym myśleć teraz, spać mi się chce.
Następnym razem obudziłam się po jedenastej. Wiem że chyba rozmawiałeś z wujkiem i kręciłeś się po pokoju. Otworzyłam oczy nadal leżąc.
- Dziś do około osiemnastej. - mówiłeś cicho.
- No dobrze. Jeśli chcecie możemy tu zostać nawet na sylwestra, to nie problem. Ja z Maddeleine mamy urlop. Jeśli oczywiście wy macie wolne w pracy. - mówił wujek.
- Porozmawiam z Emily i z Dylanem i Emmą. W zasadzie nie wiem co planują.
- Ja z Ashley mamy wolne, więc jak chcecie. - wtrącił Mike.
- O co chodzi? - wychrypiałam, przekładając się na bok, przodem do was. Staliście przy drzwiach z babcią która słuchała.
- Dzień dobry Misiu. - uśmiechnąłeś się do mnie. - Rozmawiamy kiedy wracamy do domu.
- Yhym. - mruknęłam, przecierając twarz. - I co wymyśliliście?
- Nic. - zaśmiał się Mike.
- To porozmawiajcie między sobą. - odezwał się wujek i wyszedł. Babcia się nam przypatrywała. Usiadłam na łóżku, leniwie, bo nic mi się nie chce.
- Idę obudzić Ashley. - Mike poszedł.
- Wstajesz Pysiu? - podszedłeś do szafki obok łóżka, odkładając telefon. Przechyliłeś się nad łóżkiem, podpierając rękoma o nie i mnie pocałowałeś.
- Tak. - Położyłam się z powrotem na poduszki, a ty zaśmiałeś. - Kujesz. - mruknęłam dotykając skóry pod ustami. Patrzyłeś na mnie i uśmiechnąłeś się bardziej.
- Nie goliłem się parę dni, zaraz to zrobię.
- Lubię cie w zaroście. - uniosłeś brwi w górę ale się uśmiechnąłeś. - Ale takim dwu, trzy dniowym. - uśmiechnęłam się.
- Da się zrobić.
- Dzieci, a myśleliście już o ślubie? - wtrąciła się babcia. - Bardzo do siebie pasujecie.
- Emily jest jeszcze bardzo młodą osobą. Mamy czas na takie decyzje. - odezwałeś się poważnie, babcia kiwnęła głową.
- Zejdźcie na śniadanie. - wyszła.
- Jak się czujesz?
- Dobrze. - spojrzałeś na mnie kiwając głową. - Wstawaj, idę się ogolić. - ruszyłeś do łazienki. Poleżałam jeszcze chwile i poszłam do ciebie. Stałeś przed lustrem i się goliłeś. Podeszłam, stając za tobą i delikatnie dotknęłam twoich boków dłońmi, przejechałam i przeplotłam dłonie na twój przód, przytulając się. Nie zareagowałeś? Nic nie rozumiem. - Co Misiu? - zapytałeś cicho.
- Nie chce mi się.
- Czego?
- Wszystkiego. - puściłam cie i stanęłam koło szafki opierając się o nią bokiem. Zerknąłeś na mnie, gdy schylałeś się aby opłukać twarz z piany. Wytarłeś się ręcznikiem.
- Nic nie musisz robić. - wsunąłeś dłonie na moją talie i ucałowałeś mnie. Uśmiechnęłam się. - Lepiej?
- Yhym. Nie kujesz. - zaśmiałam się.
- To przyniosę ci śniadanko do łóżka, co? - kiwnęłam głową, ty poszedłeś a ja pokręciłam się po pokoju bez celu. Powinnam się ubrać, mogę biegać cały dzień w piżamie? Zeszłam na dół, babcia i dziadek siedzieli w salonie. Weszłam do kuchni, stałeś przy blacie, krojąc ogórka. Podeszłam, łapiąc cie za boki, gdy tylko poczułeś dotyk, natychmiast złapałeś mnie za nadgarstek wykręcając go tak, że prawie uklękłam. - Nie doty... Emily. - Zauważyłeś że to ja i natychmiast mnie puściłeś, łapiąc za dłoń i masując obolały nadgarstek, zmieniłeś też ton na łagodniejszy. - Przepraszam. - mówiłeś przejęty.
- To bolało.. - mruknęłam, bardziej do siebie i się skrzywiłam.
- Przepraszam, nie wiedziałem że to ty. - spojrzałam na ciebie, w twoje oczy, obserwowałeś mnie. Chyba było ci przykro.
- Co? - mruknęłam cicho. Czegoś tu nie rozumiem. - Od kiedy "nie dotykaj mnie" zmieniło się w "nie wiedziałem że to ty"?
- Too.. skomplikowane. - mruknąłeś cicho a ja parsknęłam śmiechem.
- Serio? Nie zauważyłam. - chichotałam. Puściłeś mnie, zakładając ręce na biodra.
- Staram się Emily. - odezwałeś się cicho patrząc na mnie, byłeś poważny, zerknąłeś na wejście do kuchni. - Tak, spadaj stąd. - kiwnąłeś, obróciłam się, zauważyłam tylko bok Mikea. Spoważniałam. Nie wiem co odpowiedzieć więc wlepiłam w ciebie wzrok. - Ostatnio wiele rzeczy.. o wielu rzeczach myślę. - Kiwnęłam głową. Wziąłeś talerz z kanapkami. - Chodź, chce porozmawiać. - wziąłeś mnie za rękę, sięgnęłam tylko butelkę wody i poszliśmy na górę, zamknęliśmy drzwi od pokoju. Usiedliśmy na łóżku, a ja wzięłam kanapkę. Usiadłeś po turecku przede mną.
- Zjesz? - podsunęłam ci talerz.
- Nie, nie jestem głodny. - popatrzyłam na ciebie. Czuję się jakbyś był na mnie zły, jakbym zrobiła coś nie tak.
- Ok. Zaczynam mieć dość. - odłożyłam kanapkę. - Jak jesteś na mnie zły, to mi po prostu powiedz, a nie strzelasz fochy. - uniosłeś w zdziwieniu brwi.
- Nie jestem zły i nie strzelam fochów. - odezwałeś się spokojnie patrząc na mnie.
- To dlaczego nie jesz? Jesteś jakiś.. nie wiem.. czuje się jakbyś był zły na mnie. - skupiłam na tobie wzrok.
- Emily, wczoraj miałem reakcje alergiczną. - westchnąłeś.
- No i?
- No i do doby po takiej reakcji mogę mieć tak zwany brak łaknienia. To normalna reakcja organizmu. Po prostu nie jestem głodny. To nie jest foch. Przecież wiesz że ja nie jestem taką osobą, jak coś jest nie tak, to ci to mówię. - popatrzyliśmy na siebie, zerknęłam na swoją kanapkę i ją wzięłam. - Poza tym jestem trochę.. - potarłeś skroń. - Nie mogę się skoncentrować. Jestem rozkojarzony. To przez antazolinę. Przepraszam. - potarłeś dłonią moje udo.
- Nie przepraszaj. To nie twoja wina. To ja przepraszam. Pierwszy raz byłam w takiej sytuacji, jak masz reakcje i bierzesz leki. Kompletnie nie wiem jak to wygląda. - kiwnąłeś głową ze zrozumieniem.
- Jak ja na wielkim kacu. Mniej więcej. - uśmiechnęłam się delikatnie. - Wracając do kuchni. Przepraszam za nadgarstek. - złapałeś moją wolną dłoń, akurat tą którą mi wykręciłeś.
- Nie gniewam się. Sprowokowałam cie.
- Nie. To znaczy tak. Ale to nie tak. - odezwałeś się. Zmarszczyłam brwi. Zaczynam rozumieć o co chodzi z tą antazoliną. - Pamiętasz naszą rozmowę, po weselu Neala i Maddeleine, gdzie rozmawialiśmy o tym czego nam brakuje i co byśmy zmienili? - pokiwałam głową. Miziałeś palcami mój nadgarstek masując obolałe miejsce. - Powiedziałaś, że brakuje ci dotyku, dotykania mnie, przytulania i tak dalej. - Pokiwałam znów głową. - Długo o tym myślałem. Zastanawiałem się. Bardzo chciałem to zmienić, stąd próby z kajdankami. Niedawno rozmawiałem z Mikeam, który zapytał czemu obawiam się dotyku.
- Bo zostałeś zraniony. - wtrąciłam.
- Tak. - potwierdziłeś. - Bo zostałem wiele razy zraniony i skrzywdzony taką drogą. Przestałem ufać ludziom. Obawiam się kolejnej krzywdy. Więc zapytał, czy ufam tobie. Ufam, bezgranicznie, wiem że mnie nie skrzywdzisz i jestem tego pewien. Więc zapytał, to dlaczego obawiasz się jej dłoni? - zamilkłeś na chwile. - Nie wiem. Może z przyzwyczajenia że czuje się bezpieczniej bez dotyku. Może przez to że nie przywykłem do odczuwania dotyku. Może dlatego że gdzieś to nadal we mnie jest. Może dlatego że przyzwyczaiłem się do dotyku który zawsze boli. Może dlatego że nikt do tej pory nie nauczył mnie że to może być przyjemne. Może dlatego że mam już tak skrzywioną psychikę. Może przez to że mam gdzieś w sobie blokadę? Nie wiem dlaczego.
- Rozumiem to, nie musisz mi się tłumaczyć. - odezwałam się cicho. Spojrzałeś mi w oczy.
- Ale chce. Chce żebyś wiedziała i rozumiała. Bardzo chce to zmienić. Wiem że to wiele by miedzy nami zmieniło, w naszym związku. To byłby kolejny krok dalej. I wiem że jest to potrzebne tobie. Ja wiem. - dodałeś szybko wiedząc że chce się odezwać. - Wiem. Ty to rozumiesz i akceptujesz, ale wiem że tego potrzebujesz. Nawet jeśli twierdzisz inaczej, wiem że ci tego brakuję i tego potrzebujesz. Zacząłem nad sobą pracować, tu. - pokazałeś skroń, westchnąłeś i pokręciłeś głową. - Jest mi ciężko, myślałem że to będzie prostsze. - zniżyłeś głos, patrzyłeś spokojnie. - Mam samowolne odruchy z przyzwyczajenia.. - popatrzyłeś chwile w kołdrę. - Przetłumaczyłem sobie, przekonałem sam siebie, że nie jesteś dla mnie zagrożeniem, nie skrzywdzisz mnie, nie muszę się obawiać krzywdy z twojej strony. - kiwnęłam głową. - Robię małe kroczki do przodu. Wiem że całe noce śpisz na mojej klatce, z przytulonym policzkiem i dłonią na mojej klatce. Wiem, że się budzisz i na mnie patrzysz, czuje jak podnosisz głowę, albo w zdziwieniu przesuwasz palcami po mojej klatce. Wiem że łapiesz mnie niechcący, odruchowo jak przy aucie, albo świadomie jak w łazience czy w kuchni. Wiem że to dla ciebie nowość że możesz tak zrobić ale.. to też nowość dla mnie, że ktoś mnie dotyka. - uśmiechnęłam się, ty też choć delikatnie. - To dla mnie kompletnie coś nowego.
- To duży postęp.
- Wiem. Ale jest mi ciężko. Nadal bardzo przeszkadza mi dotyk, z tym że potrafię.. się jakoś opanować. Mowie to, bo chce żebyś to wiedziała, zrozumiała i może mi pomogła. - kiwnęłam głową. - Po pierwsze, nadal mi przeszkadza dotyk, jest mi ciężko i wiele mnie to kosztuje, psychicznie. Dlatego chciałbym prosić żebyś tego nie nadużywała, przynajmniej na razie.
- Rozumiem. - kiwnęłam patrząc ci w oczy.
- A po drugie, nie dotykaj mnie jak nie wiem że to ty, bo najprawdopodobniej, będzie się to kończyć tak jak w kuchni. - zmarszczyłam brwi. - Na razie, radzę sobie z tobą, z twoimi dłońmi. Bardzo ci ufam, wiem że mnie nie skrzywdzisz, poza tym dajesz mi spokój i potrafię panować nad sobą, nad odruchami i agresją. Nie chce zrobić ci krzywdy jak dziś w kuchni.
- Nic mi nie jest Maxim. - zapewniłam spokojnie.
- Emily, wykręciłem ci nadgarstek tak jak się to robi w samoobronie. Nie wmawiaj mi że to nie zabolało, bo wiem że zabolało. - patrzyłeś mi w oczy. - Z tobą sobie radzę, ale z innymi osobami, jest o wiele gorzej. Natychmiast włącza mi się agresja, reakcje samoobronne i raczej już nic z tym nie zrobię.
- Przy aucie nie wiedziałeś że to ja a nie zareagowałeś.
- Wiedziałem że to ty. Widziałem cie przy aucie, jak wrzucasz torebkę i kątem oka jak podchodzisz. W łóżku wiem że to ty, w dodatku twoje ręce leżą i nie wędrują co jest dla mnie bardzo komfortowe psychicznie. W łazience cie widziałem w lustrze. W kuchni pojawiłaś się znikąd.
- Rozumiem. - pokiwałam głową. - Ale Maxim, jeśli tak wiele cie to kosztuje, nie chce abyś się zmieniał, tym bardziej na siłę. Przyzwyczaiłam się i nauczyłam, że tego i tamtego nie wolno. Nie przeszkadza mi to, bo dajesz mi bardzo dużo z siebie. Jesteś opiekuńczy i troskliwy. Jesteś obok zawsze gdy cie potrzebuje. - mówiłam cicho.
- Wiem że tak uważasz. Doceniam to że nie wymagasz ode mnie nic więcej. Ale chce chociaż spróbować. Nie wiem jak to się zakończy i czy się w ogóle uda.
- Doceniam to że się starasz. Spróbuję ci pomóc. - uśmiechnęłam się.
- Mam jeszcze jedno postanowienie. Nie wiem jak wyjdzie, bo nie o wszystkim chce rozmawiać. - ucichłeś na chwile patrząc w kołdrę. - Może nie że nie chce tylko.. - spojrzałeś na mnie. - nie jestem jeszcze gotowy aby ci o tym opowiedzieć.
- Ok.. - kiwnęłam głową lekko marszcząc brwi.
- Mam nadzieję że nie wparuje tu twoja babcia. - zerknąłeś na drzwi z uśmiechem, a ja parsknęłam śmiechem. Puściłeś moja dłoń i zdjąłeś koszulkę. - Nie na wszystko jestem psychicznie gotów, ale na jakąś część jestem. Chce żebyś mnie poznała bardziej, moją przeszłość.
- Maxim czy to nie za dużo? - popatrzyłam ci w oczy.
- Nie. Mówiłaś parę razy że chciałabyś poznać mnie bardziej. Co jakiś czas pojawia się temat blizn. Zawsze ci mówię że kiedyś przyjdzie na to czas i wszystko ci opowiem. - patrzyłeś mi prosto w oczy. Do tej pory byłeś opanowany i spokojny, ale teraz zauważyłam zdenerwowanie. - Wybierz trzy blizny o których ci opowiem.
- Maxim.. - szepnęłam. - To za dużo.
- Emily, ja chce.
- Nie. Robisz to bo ja tego chciałam. - zmarszczyłam brwi.
- Też, ale robię to też dlatego, że chce abyś wiedziała. Tak samo było z domem dziecka i tym co się tam działo. Upierałem się jak głupi dzieciak że nie powiem, a nawet nie wiesz jak bardzo mi ulżyło gdy wiedziałem że wiesz. Mimo że to nie było łatwe, proste i przyjemne. Proszę.
- W takim razie sam wybierz, nie chce cie zmuszać. - założyłam ręce na piersi.
- Chce żebyś ty wybrała.
- A jak wybiorę historię o której nie chcesz mówić?
- To powiem ci że nie dziś. - patrzyłeś mi w oczy. Przygryzłam wargę na chwile. Nie jestem przekonana czy to dobry pomysł.
- Ta. - wskazałam średniej długości bliznę na przedramieniu. Była smukła. Chyba szyta.
- Złamałem rękę spadając ze schodów u kolegi, byłem kompletnie pijany. Mam składaną kość na śrubach, tak jak Emma. - wyrecytowałeś jednym ciągiem. Chwile patrzyłam po twoim ciele.
- A ta? - wskazałam bliznę na twojej klatce piersiowej, z boku. Nie była duża. Przygryzłeś wargę marszcząc brwi. - Ok, zmienię. - wyczułam cie ale natychmiast się odezwałeś.
- Nie. - uniosłeś na mnie wzrok. - Dam sobie radę. - zapewniłeś. - Opiekun przeciął mi skórę nożem wędkarskim, bo uciekłem z domu dziecka na noc. - chwile na siebie patrzyliśmy.
- A.. ta? - wskazałam dziwny ślad na brzuchu.
- Biłem się z kolesiem który nosił pierścionki. Wybierz jeszcze jakąś. - obserwowaliśmy się wzajemnie.
- Eee.. może.. ta. - wskazałam na przedramieniu, bliżej łokcia. Zastanawiałeś się.
- A tej nie jestem pewien. Albo się wyrąbałem na desce, albo to jest ta którą zrobiłem jak uciekałem przez okno z drugiego pietra. - myślałeś na głos. - A nie, tą zrobiłem jak wracałem w nocy, właziłem po drzewie, gałąź się złamała, a ja skończyłem na trawniku. Wtedy powstała właśnie ta i ta. - wskazałeś drugą przy nadgarstku. - Wybierz jeszcze jedną.
- Eee.. a te? - wskazałam małe okrągłe ślady. Było ich kilka, w różnych miejscach. Przesunąłeś się do mnie, łapiąc za rękę i wykręcając ją w bok. Wskazałeś ślad, na moim przedramieniu, zaraz koło łokcia. - Peter, gasił papierosy. - wyjaśniłam.
- Wiem. - wskazałeś ślady. - Tyle że opiekun. - czyli nasze historie jakoś się pokrywają. - Wybierz następną.
- Mam dość. - odezwałam się cicho. Spojrzałeś na mnie. - Nie bawi mnie ta zabawa.. i wiem że robisz to bo ja tego chciałam.. miały być trzy, opowiedziałeś o pięciu - popatrzyłeś na mnie chyba z lekka zdziwiony ale kiwnąłeś głową. - Mam inne pytanie.
- Pytaj. - odezwałeś się spokojnie i wciągnąłeś koszulkę.
- Nie wiem co mam robić jak masz reakcje alergiczną, nie wiem jak ci pomóc. Wczoraj byłam w totalnej kropce.
- Radzę sobie sam i zazwyczaj nie potrzebuje pomocy. Chyba że dochodzi do ostrej reakcji alergicznej, wtedy składa mnie w kilka minut.
- Skąd mam wiedzieć kiedy ją masz?
- Przebiega bardzo gwałtownie i szybko. W bardzo krótkim czasie, następuje kilka objawów zaraz po sobie. Poza tym często dochodzi do utraty przytomności, a następstwem tego jest wstrząs anafilaktyczny, bo najczęściej w takim przypadku nie zdążę wziąć leków. Reakcje średnie i słabe nie są bezpośrednim zagrożeniem. Są upierdliwe i osłabiają organizm, ale nie zrobią mi większej krzywdy. - pokiwałam głową.
- I jak mam ci pomóc? Zawsze wymiotujesz?
- Nie, to znaczy.. to trochę
- Jak powiesz skomplikowane to cie uderzę. - założyłam ręce na piersi, a ty się zaśmiałeś.
- Dobrze, powiem to więc inaczej. Przy słabych reakcjach najczęściej boli mnie żołądek, głowa i mnie mdli. Często taki stan utrzymuje się dość długo, więc wywołuje wymioty aby pozbyć się alergenu. Wtedy zazwyczaj nie potrzebuje leków. W średnich reakcjach, też boli mnie żołądek i głowa. Jestem rozkojarzony, mdli mnie i mam wymioty, często są to bardzo silne wymioty. Czasem dostaje gorączki i szybko się odwadniam. Wtedy zawsze biorę leki. W silnych, czyli ostrych reakcjach takie objawy postępują szybko po sobie, objawy są o wiele silniejsze, w bardzo krótkim czasie zazwyczaj jestem półprzytomny, mdleje, nie jestem do końca świadomy co się dzieje. Wtedy ktoś musi mi podać leki i taki atak kończy się zazwyczaj interwencją lekarza i muszę zostać pod jego obserwacją przez pewien czas, to są dwanaście albo dwadzieścia cztery godziny, zależy od tego jak zareaguje na leki, aby przypilnować żeby nie doszło ewentualnie do wstrząsu.
- Czyli wtedy ja będę musiała podać ci leki?
- Ty albo ktoś inny. Ale Emily, ostre reakcje zdarzają się naprawdę bardzo rzadko. Zazwyczaj.. nie no, w sumie zawsze na jakichś większych imprezach czy spotkaniach, gdzie jest dużo przetworzonej żywności. Wtedy praktycznie zawsze jest ze mną Mike, a on doskonale wie co robić. W ogóle jak cokolwiek będzie nie tak, a ty nie będziesz wiedziała co robić, bo ja nie zawsze jestem w stanie wtedy normalnie myśleć, to dzwon do Mikea, Paula albo na pogotowie. - Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
- No dobrze, a skąd mam wiedzieć które leki ci dać? W opakowaniu jest kilka strzykawek, Paul coś na nich patrzył.
- W etui są trzy rodzaje leków. Antazolina, na słabe ale upierdliwe i średnie reakcje alergiczne, to lek antyhistaminowy, domięśniowy. Klemastyna, na silne reakcje alergiczne, to też lek antyhistaminowy, podaje się go dożylnie. Mam też adrenaline, którą podaje się w początkowej fazie wstrząsu anafilaktycznego. To są specjalne leki, przepisywane na tak zwaną receptę robioną. To nie są normalne zastrzyki gdzie lekarz ci nabiera odpowiednią ilość. Te strzykawki mają w środku specjalne ampułki i trochę inne igły. - wstałeś podchodząc do swojej walizki, bo tam wczoraj odłożyłeś etui gdy wróciliśmy do domu i wróciłeś na łóżko. - Zobacz. - otworzyłeś je i podałeś mi jeden zastrzyk. - Z boku są opisane. - Popatrzyłam, przekręcając go, faktycznie była napisana nazwa leku. Oddałam ci go. Schowałeś.
- Czy te zastrzyki bolą?
- Klemastyna nie, jest dożylna. Adrenalina i antazolina tak, bo są domięśniowe. - westchnęłam ciężko. Jakbyś się mało wycierpiał w życiu. - Ale Emily, to nie jest nie wiadomo jaki ból, którego nie jestem w stanie wytrzymać. Jestem już na niego odporny i nie jest w stanie mnie już raczej złamać. Poza tym zastrzyk boli tylko króciutką chwile, przez moment podawania.
- Nie podoba mi się że żeby ci pomóc będę musiała zadać ci ból.
- Antazolina nie jest taka zła, a adrenalina.. i tak nie będę już przytomny a ty będziesz miała dzwonić po pogotowie. - uśmiechnąłeś się.
- No faktycznie zabawne. - fuknęłam.
- Ale Emily naprawdę, ostre reakcje alergiczne zdarzają się bardzo rzadko. Najczęściej na dużych spotkaniach gdzie jest dużo przetworzonej żywności i przyjmę dużo alergenów w krótkim czasie. No albo jak długo nie jem i wtedy zaburza się gospodarka wydzielania histaminy.
- To jedz! - podsunęłam ci talerz, a ty się zaśmiałeś.
- Miałem na myśli długo, czyli ponad dobę, zazwyczaj dużo ponad dobę. - uśmiechnąłeś się.
- Nadużywasz dziś słowa zazwyczaj i zaczyna mnie denerwować tak samo jak skomplikowane. - mruknęłam, a ty się zaśmiałeś. - Można zrobić ci krzywdę tymi lekami?
- Adrenaliną tak. - kiwnąłeś głową. - Jeśli dostane jej za dużo, mogę mieć zawał. - otworzyłam szerzej oczy, no chyba żartujesz! - Ale, ja mam przepisaną specjalna dawkę, na moją wagę. Zazwyczaj bierze się dwie dawki razem z dwoma dawkami leków antyhistaminowych przy początku wstrząsu. To nie zrobi mi krzywdy, ale jakby ktoś wpakował mi ze cztery, to pewnie miałbym zawał. - zmarszczyłeś brwi. - Albo coś takiego, pewnie Mike powie ci więcej na ten temat. Ale Emily, nie martw się, takie reakcje zdarzają się naprawdę rzadko.
- Czyli? Statystycznie u ciebie? - popatrzyłeś chwile na mnie, chyba się zastanawiając.
- Wstrząs miałem.. dwa razy. Ostrą reakcje.. mam raz na kilka lat, miałem takich sytuacji z pięć? Średnie reakcje mam co najmniej raz w miesiącu, słabe co najmniej raz na tydzień.
- To faktycznie pocieszające. - westchnęłam. - Ja mam łatwiej, mam inhalator. - uśmiechnęliśmy się do siebie. - Chociaż parę razy się zdarzyło że nie pomógł i wtedy jest naprawdę źle.
- To można mieć taką sytuacje? I co wtedy należy zrobić?
- Dzwonić po pogotowie. Wtedy muszę dostać leki i kroplówkę dożylnie no i tlen.
- Nie masz tych leków ze sobą?
- Nie. To szpitalne leki, są bardzo silne wiec ich nie wypisują, mogą być podawane tylko pod kontrolą lekarza. Poza tym są dożylne więc to też inna sprawa. - patrzyłeś na mnie.
- Czyli do przyjazdu pogotowia się dusisz?
- Eee.. no. - kiwnęłam głową. - Albo przez niedotlenienie tracę przytomność i wtedy ktoś musi udrożnić drogi oddechowe w razie co, albo robić mi usta usta. - uśmiechałam się, a ty patrzyłeś na mnie poważnie.
- Bo przestajesz oddychać? - patrzyłeś na mnie.
- Bo nie jestem w stanie nabrać powietrza przez astmę, a nieprzytomna nie robię tego na siłę.
- Dlaczego dopiero teraz dowiaduje się o takich rzeczach? A jak często zdarzają ci się takie ataki?
- Mniej więcej raz na rok albo dwa lata.
- No dobrze, ale są jakieś stopnie ataków, albo jakieś czynniki które je wywołuje?
- Dym, aerozole, silne zapachy, zanieczyszczone powietrze, czynniki chemiczne, strach, stres, silne emocje często negatywne, wysiłek fizyczny, niektóre konserwanty w jedzeniu, zmiany warunków atmosferycznych, zimne powietrze, niektóre leki jak na przykład aspiryna, bo zawiera kwas acetylosalicylowy.
- To ciekawe, ja też nie mogę przyjmować aspiryny bo zawiera barwnik azowy. - uśmiechnąłeś się. - To bardzo dużo czynników i w zasadzie wszystkie niezależne od ciebie.
- No, dlatego mam przerąbane. - wyszczerzyłam zęby, a ty nadal byłeś poważny. Role się zamieniły? - U mnie to jest tak. Podstawowy atak, czyli coś podrażnia mi oskrzela lub powoduje ich skurcz, kaszle i nie mogę złapać powietrza, często wtedy boli mnie w klatce. Biorę leki i mi przechodzi. Ale czasem zdarza się tak że cały dzień jest mi duszno, pokasłuje, ciężko mi oddychać, jestem niedotleniona więc jestem przymulona, leki średnio mi pomagają albo pomagają na chwile. Zdarza się też tak, często przez bardzo silne zapachy, lub bardzo silny strach albo stres, że mam bardzo silny atak, wtedy leki mi albo tylko trochę pomagają i stopniowo mnie puszcza przez dłuższy czas, albo trzeba dzwonić po pogotowie bo się zwyczajnie dusze, leki nic nie dają a ja po chwili leże nieprzytomna. Czasem się zdarza że mam tak silny kaszel że wymiotuje. - skrzywiłam się.
- A jak ci pomagać? - uśmiechnęłam się.
- Wiem że to zabawne, ale podobnie do ciebie zazwyczaj radze sobie sama. - zaśmialiśmy się. - Z tym że astma jest wredna. Odcina ci tlen, więc kreci ci się w głowie i walczysz o każdy oddech. To trochę tak, jakbyś próbował oddychać pod wodą, wynurzając się na powierzchnie raz na dziesięć wdechów. - uważnie słuchałeś. - Najczęściej najlepszą pomocą jest podanie mi inhalatora. I tyle. No chyba że przestaje oddychać albo mi nie pomaga i tracę przytomność, wtedy wypadało by dzwonić po pogotowie. Możesz pogadać z Aidenem, to on do tej pory ratował mnie z opresji. - uśmiechnęłam się.
- Często masz ataki?
- Ostre rzadko. Tak średnio raz na rok czy dwa lata, ląduje w szpitalu pod kroplówką. Takie gdzie cały dzień mi duszno, kiedyś miałam raz albo kilka razy w miesiącu, teraz ich nie mam, ale to pewnie dlatego że wujek ma bardzo czysty dom, bez kurzu i z czystym powietrzem, z filtrami w klimatyzacji domowej. Podstawowe ataki, przynajmniej raz na tydzień. Często też na wfie muszę używać inhalatora przez wysiłek fizyczny. - kiwałeś głową na moje słowa.
- No to się świetnie dobraliśmy. - uśmiechnąłeś się szeroko.
- No wyjątkowo nie? - zaśmiałam się.
- Może warto porozmawiać z Paulem o tych lekach? Na przykład ja mam przeszkolenie udzielania pierwszej pomocy, a Mike mnie nauczył wkuwać się w żyłę. No i sam Mike to umie. Więc może warto żeby spróbować to załatwić?
- Nikt ci ich raczej nie da. To leki do hospitalizacji. Można nimi zrobić poważną krzywdę.
- A wf, nie możesz mieć zwolnienia lekarskiego?
- Jak przestane się ruszać to zmniejszy mi się i tak obniżona wydajność płuc. - popatrzyłeś na mnie chwile.
- No dobrze, a jakbyś nie chodziła na lekcje, tylko po szkole na jakieś ćwiczenia, które pozwolą utrzymać kondycje, ale nie będą wywoływać astmy? - uśmiechnęłam się do ciebie, uwielbiam gdy jesteś taki opiekuńczy i troskliwy.
- I co bym robiła? Jeździła na rowerze?
- Jeśli to ci pomoże. Mogę chodzić z tobą na rower, albo na rolki, albo możemy biegać, czy co tam chcesz. Ja chodzę na siłownie, są tam też zajęcia dla kobiet, aerobik i taniec, joga. Może warto spróbować?
- Kiedy ty w ogóle chodzisz na tą siłownie? Bo słyszę że chodzisz, a nie wiem kiedy, bo zawsze jesteś w pracy. - zmarszczyłam brwi.
- Rano, przed pracą. Wstaje o szóstej, siódmej, a w Wisterii pracuje od dziesiątej. Rano też biegam.
- I codziennie ćwiczysz?
- Dwa albo trzy razy w tygodniu. Zależy jak z pracą. - kiwnęłam głową. Poprawiłam poduszki za sobą i się oparłam.
- Lubie z tobą rozmawiać. - przyznałam z uśmiechem, odwzajemniłeś go. - A.. masz pozwolenie na broń tak?
- Tak. - położyłeś się przede mną na boku, opierając na ręku głowę.
- Od jakiego czasu?
- Od.. - zastanowiłeś się. - sześciu lat jak dobrze liczę. Wyrobiłem je jak miałem osiemnaście.
- Dlaczego je wyrobiłeś?
- Z kilku powodów. Pracowałem dla Ryana, nie wiedziałem co będzie dalej więc dla samoobrony. Chciałem nauczyć się strzelać profesjonalnie, strzelać lepiej. Poza tym miałem bron w domu, bałem się że jakimś cudem ktoś ją znajdzie, chciałem mieć podkładkę w razie czego dla policji że mam zezwolenie.
- Czyli.. jak robiłeś zezwolenie to już umiałeś strzelać?
- Strzelałem wcześniej. - kiwnąłeś głową.
- Strzelałeś do ludzi? W ogóle, a nie wtedy.
- Ee.. nie bezpośrednio.
- Zabiłeś kogoś? - spojrzałeś mi w oczy.
- Nie. Nie strzelałem bezpośrednio do ludzi. - nie rozumiem co to znaczy, ale chyba nie chce wiedzieć?
- Co to znaczy? - założyłam ręce na piersi marszcząc brwi.
- Misiu, wcale nie chcesz tego wiedzieć. - uśmiechnąłeś się delikatnie. Wyczułeś mnie.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Bo widzę twoją minę.
- A zrobiłeś komuś krzywdę?
- Wielu osobom. Wdawałem się w bójki.
- Nadal się wdajesz. - popatrzyliśmy na siebie, uśmiechnąłeś się bardziej. - a zrobiłeś komuś poważną krzywdę? Taką że.. nie wiem.. wylądował w szpitalu?
- Pewnie wiele z tych osób wylądowało w szpitalu. Chyba chodzi ci o to, czy ktoś wylądował w nim, w stanie ciężkim?
- Możliwe.. - mruknęłam, zaśmiałeś się.
- Emily, nie rób tak. - odezwałeś się spokojnie. - Rozmawiamy. Szczerze. Masz prawo zadawać pytania. To dobrze że rozmawiamy o sobie, że się poznajemy. Zawsze w którymś momencie się zamykasz, próbujesz zmienić temat, albo boisz lub wstydzisz się o coś zapytać wprost. - wlepiłam w ciebie wzrok. - Dlaczego boisz się mnie pytać o pewne rzeczy? - czy naprawdę musimy o tym rozmawiać? Zamrugałam. - Emily? - patrzyłeś mi w oczy, odbiegłam wzrokiem w bok. Wstałeś na kolana, podsuwając się do mnie i złapałeś mnie za dłonie. - Misiu. Porozmawiaj ze mną. - czułam jak się we mnie wpatrujesz.
- Maxim może - wszedł Mike.
- Wyjdź. - posłałeś mu nakazujące spojrzenie, zamknął drzwi. Spojrzałeś na mnie. - Emily. Hej, tu jestem. - pochyliłeś się bardziej, zmuszając mnie abym na ciebie spojrzała. - Porozmawiaj ze mną. Dlaczego boisz się ze mną rozmawiać? Boisz się mnie pytać? Dlaczego? - wzruszyłam ramionami. Patrzyłeś mi prosto w oczy. Czekałeś dłuższą chwile. - Porozmawiasz ze mną?
- Nie chce.
- Dlaczego?
- Bo nie.
- Musi być jakiś powód. - chwile czekałeś. - Emily. To nie pierwszy raz. Rozmawiamy a ty nagle się zacinasz, zamykasz w sobie, boisz się ze mną rozmawiać, boisz się pytać. Nie rozumiem dlaczego?
- Daj mi spokój. - chciałam zabrać dłonie ale nie pozwoliłeś na to.
- Nie. Rozumiem że się wstydzisz mówić i pytać, ale nie rozumiem dlaczego się boisz. Ufasz mi?
- Tak.
- Boisz się mnie? - wlepiłam w ciebie wzrok. Byłeś spokojny i opanowany, cierpliwie, obserwowałeś uważnie. - Czego się boisz? Mnie? Mojego zachowania? Postury? Coś robię źle? Obawiasz się mojej reakcji? O co chodzi?
- Nie wiem.
- Co to znaczy?
- Nie wiem.
- Wiesz. Tylko boisz się powiedzieć. Chce to usłyszeć. Hm? - zamilkłam. - No dobrze. To inaczej. Boisz się pytać bo obawiasz się mojej reakcji?
- Nie chce cie zranić.
- Pytaniem nie można zranić. Poza tym mnie mało czym można zranić. - westchnęłam ciężko. - Jestem odporny na ból i na zranienia. Emily, przecież wiesz jaki jestem. Rozumiem że masz pytania i popieram to, abyś pytała. Chce żebyś wiedziała wszystko, co wiedzieć chcesz. Rozumiem że jesteś ciekawa, jestem skomplikowaną osobą z dużym bagażem różnych doświadczeń.
- Wiem, ale nie chce cie ro.. - ucichłam patrząc ci w oczy.
- Dokończ.
- Rozzłościć.
- Czyli o to chodzi.. - westchnąłeś. - Boisz się że pytaniami mnie zranisz albo rozzłościsz i zrobię ci krzywdę, że cie uderzę. - nieśmiało, delikatnie kiwnęłam głową. - Misiu. Nic takiego nie będzie miało miejsca. Pytaniem nie można mnie zranić. Rozumiem twoją ciekawość i chęć poznania mojej przeszłości, zdaję sobie sprawę z tego że wiele razy wybierałem złą drogę i że masz prawo o tych drogach wiedzieć. Nie jestem osobą nerwową. Jestem cierpliwy, potrafię się opanować, a pytania mnie nie złoszczą. Są takie które nie są mi na rękę, na które nie wiem jak odpowiedzieć, albo nie jestem gotów aby o tym mówić. Wtedy ci mówię że nie jestem gotowy i nie dziś. Poza tym, Misiu, nie możesz się mnie obawiać, bać, wstydzić. Nie zrobię ci krzywdy. Bardzo cie kocham. - uśmiechnąłeś się. Kiwnęłam głową.
- Jak się kłócicie to urwę ci łeb Caffrey. - weszła poważna Ashley. Spojrzeliśmy na nią.
- Nie kłócimy się. - oznajmiłeś.
- Ash, ty wariatko. - wszedł Mike. - Chodź. - złapał ją za rękę i wyprowadził.
- To jak się nie kłócicie to może chodźmy gdzieś? - odwróciła się do nas.
- Ashley, możesz nas zostawić na pięć minut? - zapytałeś. Zamknęła drzwi, a ty spojrzałeś na mnie.
- Wiem gdzie pójdziemy. - uśmiechnęłam się, odwzajemniłeś uśmiech. Na dobra sprawę właśnie ogarnęłam, że o Ashley czy Mikeu też prawie nic nie wiem. Ryan i Dave? Praktycznie znam tylko ich imiona, bo nawet nazwisk nie. Emma? Przyjaźnimy się, ale jak na przyjaźń wiem zaskakująco mało.
- O czym myślisz? - obserwowałeś mnie.
- O tym że oprócz tego że nie z znam ciebie, to nie znam też Ashley czy Mikea.
- To da się zmienić. - uśmiechnąłeś się. - A co byś chciała o nich wiedzieć?
- Nie wiem. - wzruszyłam ramionami. - Pokażę ci miejsce w którym spędzałam dużo czasu. - wstałam z łóżka i poszłam się ubrać. - A widziałeś bar Johna? - zawołałam z łazienki.
- Tak. - stanąłeś w drzwiach.
- Kiedy? Jak to? - czesałam włosy.
- Jak byłaś u Paula. Jess ogarnęła że jestem bratem Jamiego?
- Nie przypominaj mi tego. - zakryłam sobie oczy. - Rzygałam u Paula. I oboje to widzieliście. - zaśmiałeś się.
- To nie powód do wstydu, ludzka rzecz.
- Chyba dla ciebie.
- Pomyśl inaczej. Paul ma młodsza siostrę i jest lekarzem. Ja mam młodszą siostrę. Sam wymiotuje najmarniej raz na miesiąc. - westchnęłam patrząc w lustro.
- Nie chce mi się. - odezwałam się cicho.
- Czego?
- Wszystkiego. Kiedy zrobimy dzień piżamowy z górą jedzenia i telewizorem? - mruknęłam i spojrzałam na ciebie. Podszedłeś, stając za mną, przełożyłeś ręce po moich bokach na mój brzuch.
- Dziś. - musnąłeś moją szyję, pochylając się lekko.
- Ale Ashley chce
- Ale Ashley jest dorosła, może iść z Mikem na spacer. - przerwałeś mi. - My zostaniemy w piżamie, w łóżku, z jedzeniem. Telewizor.. zorganizuje.
- A ty? Nie widzisz się z Emmą. Ani Jamiem.
- Jamie ma rodzinę, a Emma jest z Dylanem i bardzo lubi rodziców Dylana.
- A ty znasz rodziców Dylana?
- Znam. - uśmiechnąłeś się. Widziałam cie w lustrze. - Odwiedzili kiedyś Dylana w pracy, przyjechali też do mnie żeby poznać Emmę, ja byłem też u nich tu, bo zaprosili Emmę i mnie.
- Yhym. - kiwnęłam. - A co z Emmą? W sensie z ręką?
- Zaraz po nowym roku zdejmuje gips i idzie na rehabilitację. Do roku czasu ma mieć operację wyjęcia śrub z kości. - skrzywiłam się.
- Je się wyjmuje?
- Zależy od złamania. Lekarze zalecają wyjmować, to ciało obce w organizmie. Poza tym w przyszłości może potrzebować zrobić rezonans, albo inne badania które będą niemożliwe bo ma w kości metal. - kiwnęłam głową.
- Ty też miałeś takie złamanie? W sensie, że miałeś składane śrubami?
- Tak. - kiwnąłeś głową.
- I masz wyjęte śruby?
- Miałem blaszkę i śruby, wyjęte po dwóch latach. - mówiłeś spokojnie. Aż mnie ciarki przechodzą i coś mnie boli na samą myśl.
- Mam jeszcze pytanie.
- Pytaj. - wsunąłeś głowę na moje ramie, patrzyliśmy na siebie w lustrze.
- Skąd się wziął Nath? Emma kiedyś mi opowiadała, ale jakoś nie ogarniam..
- Mam na drugie Nathaniel, Nath to skrót.
- No wiem, ale Emma tak do ciebie mówi. Jak byliśmy w domu dziecka, to ta kobieta się tak do ciebie zwróciła. Nathaniel Caffrey.
- No bo.. jak nas zabrali, to Emma wołała mnie Nathaniel a nie Maxim. Pracownicy uznali że używam drugiego imienia, a dzieciaki nie wiedząc jak mam na imię uznały że jestem Nathan. Wszyscy wołali mnie Nathaniel. Do tej pory jak spotykam ludzi z domu to wołają mnie Nathan, oprócz tych bliższych, którzy wiedzą że jestem Maxim. - mówiłeś spokojnie.
- Yhym. - kiwnęłam. - Czyli Maxim Max Nathaniel Nathan Nath.
- Tak. - zaśmiałeś się.
- Które lubisz najbardziej?
- Które lubię najbardziej? - zdziwiłeś się. - Nie wiem. Nigdy się nie zastanawiałem nad tym. Nie lubię jak mnie wołają Maximilian.
- Yhym. A co z Nicole? Nadal nie masz asystentki.
- Tak, nie mam. Nie wiem. Muszę kogoś przyjąć do pomocy, bo mimo że bardzo fajnie jest pracować samemu, to tracę mnóstwo czasu na zajęcia które należą do asystentów. Ty nie chcesz wrócić? - przytuliłeś mnie mocniej w talii.
- Nie. Znów się oddalimy. I Kim mnie wkurza. Poza tym mam sporo nauki. - zrobiłeś smutną minę. - Wiesz, ja myślę że możesz spróbować z Nicole. W ogóle czy Dave się w niej nie zabujał?
- Zabujał. Ona teraz u niego mieszka, na jego koszt. - otworzyłam szerzej oczy.
- Lubisz ją?
- Jest moją koleżanką, nikim więcej.
- Jeśli uważasz że sprawdzi się w pracy, to ją zatrudnij. Nie chce żebyś rezygnował ze znajomych, albo zmieniał plany, bo jesteś ze mną.
- Pomyśle. Może z nią porozmawiam. Jeśli będzie do ciebie skakać, nasza znajomość się skończy. - musnąłeś moją szyję.
- Gdybyś nie był ze mną, zatrudniłbyś ją?
- Pewnie tak.
- Nie chce cie ograniczać.
- Nie ograniczasz mnie. Ona nie potrafi się zachować. Dlatego myślę że to zły pomysł.
- A jeśli ja chce, żebyś spróbował?
- Pomyśle, ale to zły pomysł.
- Ale mógłbyś jej pomóc stanąć na nogi. Jeśli możesz zrobić coś dobrego, to fajnie.
- Niby tak.. zastanowię się. - pocałowałeś mnie w szyje. - Pakuj się do łóżka. - pociągnąłeś mnie do pokoju. Położyłam się a ty obok mnie. Obróciłam się żeby się przytulić, ale się zacięłam. Pociągnąłeś mnie za nadgarstek na siebie i położyłeś moją dłoń na swojej klatce, objąłeś mnie ramieniem. Uniosłam głowę żeby na ciebie spojrzeć, pocałowałeś mnie w usta z uśmiechem.
- Dzieci - wszedł wujek. - jeszcze w łóżku? - zdziwił się. - Zejdziecie na obiad?
- A co jest? - zapytałam.
- Szczerze powiedziawszy, nie wiem. Mama i Madd coś tam gotują. Źle się czujecie? Czemu leżycie jeszcze?
- Bo Emily ma ochotę na leniwy dzień w piżamie z górą jedzenia. - uśmiechnąłeś się a wujek kiwnął głową.
- Rozumiem.
- Ej ludzie - weszła Ashley. - Co wy jeszcze w łóżku? Ja się już ubrałam.
- A nie pójdziesz z Mikem? Emily ma ochotę na dzień piżamowy. - odezwałeś się spokojnie. Westchnęła.
- Z Mikem to my się tu zgubimy.
- Wystarczy zapytać pierwsza lepsza osobę o dom Fireheartów. - wtrącił wujek.
- A nie Reedenów? - zdziwiłeś się.
- Reeden to nazwisko Beth, po mężu. Fireheart panieńskie, moje i dziadków Emily. - wyjaśnił a ja kiwnęłam głową potwierdzając.
- Czyli twojego taty tak? - zapytała Ashley wskazując mnie.
- Nie. - odezwał się wujek. - To dwie inne osoby. - znów pokiwałam.
- Mąż mojej mamy zmarł, miał wypadek na budowie. Później związała się z kimś innym i to on jest moim tatą.
- Ale znasz go? - zapytałeś.
- Nie. - spojrzałam na ciebie.
- Rozstali się, zanim Beth spostrzegła że jest w ciąży. Przygarną ją Peter. - wyjaśnił wujek. - Dobrze, to ogarnijcie się i zapraszam na dół. - wyszedł. To jednak muszę wstać..
***
Witam!
Dodaję kolejny rozdział na weekend, mam nadzieję że przypadł do gustu? :)

Dziękuję pięknie za komentarze!

Z ogłoszeń!
 W poniedziałek wyjeżdżam na dwa tygodnie!
(Na totalne zadupie, gdzie aby zadzwonić trzeba biegać po polu albo wspinać się na drzewa, z internetem jeszcze gorzej..)
W związku z tym nie do końca wiem jak będzie z rozdziałem przypadającym na 11.08 (standardowo piątek/sobota)..
Postaram się mimo wszystko pobiegać po polu i znaleźc zasięg w telefonie na opublikowanie rozdziału, ale nic nie obiecuje!
Tak w razie czego ostrzegam też że jeżeli jednak się uda dodać rozdział, nie wiem czy uda mi się wysłać powiadomienia na blogach, messengerze, gg itd.. także sprawdzajcie co tu się dzieje =D

Piszę teoretycznie rozdział 71. Praktycznie poprawiam trzy ostatnie zmieniając trochę ich historię..

To chyba tyle na dziś. 
Do napisania!
Życzcie mi powodzenia w bieganiu po drzewach! =D

6 komentarzy:

  1. Więcej... Chcę więcej *kaszel, dusi się*

    Dlaczego przerywasz zawsze jak robi się coraz ciekawiej ty polsacie jeden! *groźna mina*
    Kiedy będzie fakePregnant?! Kilka rozdziałów temu napisałaś, że za kilka rozdziałów *płacz*
    Miłego biegania, ja będę czekać ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej! Przepraszam za nieobecność, ale miałam niespodziewany wyjazd z rodzicami za granicę.
    Rozdział świetny jak zawsze! Niesamowite, że Maxim Tak się otworzył. Emily zresztą też.
    Też chciałabym zrobić sobie taki piżamowy dzień...
    Rozdział cudo! Czekam na jakiś niespodziewany zwrot akcji i może na ten maraton...?
    Pozdrawiam i również życzę powodzenia w bieganiu po drzewach!
    Mari:)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, fajnie tylko ja chcę grozę, śmierć, akcję! Rozdział jak zawsze super i cieszy mnie to że Maxim z Emily pogadali sobie tak od serca. Wkurza mnie ta opiekuńczość Maxima już, przecież Emily nie jest już małym dzieckiem i nie trzeba wszystkiego jej postawiać pod nos i troszczyć się o każdy jej krok. Mógłby jej dać trochę swobody. Buziaki rebelliious :**

    OdpowiedzUsuń
  4. ale spokojny rozdział... i jak pięknie oni się kochają, ta troska, opieka, cudownie :D teraz czas na jakąś akcje :P czekam niecierpliwie na kolejny :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dodasz dzisiaj następny rozdział?

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy